Przeczytałem już jakiś czas temu książkę Antoniego Libery "Godot i jego cień". Pozycja zdaje się byc retrospekcją krótkiego kresu życia autora poprzeplatana epizodami z wyjazdów za granicę w czasie PRL-u plus pierwsze spotkanie z samym Beckettem (już nie pamiętam czy nie jedyne?).
Książkę czyta się momentami z uśmiechem na twarzy - rozdział o wykradnięciu książki z Centralnej Biblioteki Wojskowej - czy z pewną nutą melancholii - chyba wszytskie pozostałe rozdziały.
Nie ukrywam, że jak skończyłem czytac to byłem bardzo zadowolny. Dowiedziałem się sporo o sztukach Becketta, o perypetiach Libery ale jakoś to wszystko szybko opadło. Pewna osoba, jakiś czas później zadała takie oto pytanie: jak można napisac książkę o jedenj sztuce i od lat się nią podniecac?
W sumie trafne pytanie. Wobec uniwersalnej odpowiedzi na spsienie człowieka, na jego zmaterializowanie jaką udziela Beckett w swoich sztukach - brakuje mi trochę kropki nad i. Beckett pokazuje świat, głównie Zachód. W skrzętnie zrelacjonowanej rozmowie z młodym Liberą wspomina Katyń, współczuje... Ale czy daje odpowiedź pytanie, dlaczego tyle okrucieństwa i spsienia w wieku XX się wydarzyło, dlaczego do tego doszło?
Libera wykładając Becketta próbuje diagnozy, która jest moim zdaniem trafna. Ale czy samo zdiagnozowanie problemu wystarcza? Pomaga to komuś, że się dowiaduje o tym, że jest chory ale o działaniach zapobiegających nic nie wie?
"Godot i jego cień" to taka diagnoza. W rozdziale poświęconym niedojrzałej, bo roddzącej się, młodzieńczej wierze ( i chyba nigdy nie dojrzałej) Libera zastanawia się nad tym ostatecznym rozwiązaniem ale nie chce przekroczyc pewnego progu, progu nadziei. Wątpienie jest dla niego bardziej atrakcyjne - a moim zdaniem tu jest klucz do wyrwania z tego opętania. Albo wóz albo przewóz.
Libera jednak zostaje w szarości tak jak Beckett. Obaj nie chcą jej naruszac. Dlaczego?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)