Ta niedziela zaczęła się inaczej niż zwykle. Zamiast wstać o przyzwoitej porze, jak przystało na przyzwoitego obywatela drugiej Irlandii, udałem się do hali sportowej. Ponad dwugodzinna batalia piłkarska miała w sobie coś z sacrum :) Po upływie beztroskiego czasu powróciłem do domu. Na zegarze dopiero 10! Cały dzień przede mną. Poczułem że żyję. Na dworzu ciepło, mróz nie trzaska. Okno można wychylić. Ale jest jeszcze jedna ważna sprawa. Dziś niedziela. Dzień, który najbardziej lubię w tygodniu. Słudzy nieużyteczni mogą zaznać spokoju i napełnić się spokojem i cierpliwością. To jest jak czekanie na to co ma przyjść...
Niedziela jeszcze kojarzy mi się z utworem Tomasza Budzyńskiego, który stawia na nogi, pozwala powrócić do rodzinnych pagórków, topolowych liści, do zabytkowego kościoła, do polnego wiatru za domem. A oto i utwór.
|
Nie chodźmy na ten film
Tomasz Budzyński, Taniec Szkieletów. |



Komentarze
Pokaż komentarze (6)