Raport jest zatrważający. Zresztą godne jest podkreślenie, że ankiety, które były prowadzone sposobem samorekrutacji nie są reprezentatywne. Bo czego można by spodziewać się po wypowiedziach tych pracowników naukowych, którym jest dobrze? Stawiam tezę, że ta drugo część "dobrzaków" byłaby podzielona w sposób wysoce nieproporcjonalny, na tych, którzy wykonują swe powołanie (jak Weber pisał, że polityka to powołanie to tym bardziej nauczyciel akademicki też!) - kilka procent - i tych, którzy są zadowoleni z ciepłego smrodu wokół swego stanowiska. Myślę, że większość Państwa się ze mną zgodzi.
"Ich diagnoza jest miażdżąca - polska nauka jest niedoinwestowana, poziom dydaktyki i badań się obniża, polskimi uczelniami rządzą gerontokracja, marazm i kumoterstwo."
Niedoinwestowanie. Problem zaczyna się już o wiele wcześniej. Bo z jednje strony jest realne przyzwolenie od państwa na niedoinwestowanie szkolnictwa, które zaczyna się już na poziomie gminy (taki system?!). Otóż dzieci w szkole od najmłodszych lat są przyzwyczajane do wielu "niedogodnień i niedociągnięć". Ciągnie się to od szkoły podstawowej przez gimnazjum aż do szkół wyższych. Oswojony psychicznie uczeń nie widzi później żadnych problemów że trafia (jak mu dobrze pójdzie) do szkoły wyższej, która jest czwartą państwową niedoinwestowaną instytucją a po drodze ma jeszcze czasem "szczęście" trafić na służbę zdrowia czy policję!!! Po takiej dawce ktoś będzie jeszcze w stanie się buntować? Wątpię. A z drugiej strony jest kilkadziesiąt lat PRL-u, którego nie trzeba tłumaczyć.
Poziom dydaktyki i badań. Tu spektrum możliowści jest wielkie. Zacznijmy od doktorantów, którzy mają ćwiczenia. Wielu widząc bezwzględność swych "mistrzów" stosuje ją dalej w nieco ulepszonych formach. Zresztą już samo przydzielenie miejsc na studia dzienne doktoranckie jest wirtuozerią kumoterstwa. W ogóle o czym tu gadać. Każdy rozgarnięty student IV czy V roku marzący o doktoracie i trochę orientujący się o czym piszę, wie o co chodzi. Ale idźmy dalej. Weźmy badania. Problem jest prosty. Nie ma sprzętu, pieniędzy a co najgorsze (bo sprzęt i pieniądze często można znelźć) nie ma chęci i nie ma kontroli ze strony władz instytutu, wydziału, uniwersytetu. Po prostu nie ma. Kropka. Marazm. Śmierdzący.
Gerontokracja i kumoterstwo.
Czy możliwe jest by dyrektorem instytutu dajmy na to psychologii był politolog?
Czy przyjmowanie na studia doktoranckie tak zwanego "planktonu" a nie wybijających się studentów jest powszechne?
Czy jednogłośność na Radzie Instytutu czy Wydziału, przy braku jakichkolwiek dyskusji, prowadzi do rozwoju nauki (dochodzi do tego częsta absencja profesorów bo drugi etat, bo mało czasu dla siebie, bo coś tam)?
Czy ktoś patrzy na zainteresowanie profesorów wydarzeniami na swej uczelni? Branie udział w różnego rodzaju uroczystościach, sympozjach i konferencjach?
Przepychanie "po prośbie" prac mgr, dr czy zaliczeń - czy to jeszcze funkcjonuje?
Wiem, że wyszedł ponury obraz. Ale mi on się wydaje bardzo niestety realny - oczywiście nie wszędzie. Jednak są na jego tle także gwiazdy, które świecą coraz wyraźniej. Raz, bo same chcą a druga sprawa, że często okoliczności je do tego zmuszają. Przetrwają tylko ci, którzy będą w stanie cały czas spoglądać w stronę słońca. Pozostali będą jak księżyce, do których pewnego dnia już nie dotrze światło i nie bedą świecić odbitym blaskiem swych kolegów, dobrego imienia uczelni czy jej tradycji.
Najważniejszy problem nie tkwi w pieniądzach tylko w powołaniu i chceniu.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)