2 obserwujących
29 notek
30k odsłon
274 odsłony

Eksterytorialność obozu Auschwitz, a może i... miasta Oświęcim?!

Wykop Skomentuj
Ponieważ ostatnio niektórzy publicyści (prawicowi i niezależni, ma się rozumieć(!); jak np. R. Ziemkiewicz, niezmienny wielbiciel „przyjaciela Polski”, Szewacha Weissa) zaczęli - dopiero po 20 latach! - „odkrywać Amerykę”, w sprawie faktycznej – choć nie de iure - eksterytorialności obozu Auschwitz (a może nawet – samego miasta Oświęcim?), pozwalam sobie przypomnieć fragment mojego felietonu (z maja 2006 r.), poświęconego postępowaniu toruńskiej prokuratury („szczęśliwie” umorzonemu później), ws. rzekomego znieważenia narodu żydowskiego przez red. Michalkiewicza, w jego felietonie - wygłoszonym dn. 29. marca 2006 r. - na antenie Radia Maryja. [Za czasów pierwszej „dobrej zmiany"!] A oto ów fragment mojego felietonu sprzed 13 lat.

                                                                                        *****

(…) Aby Czytelników dłużej już nie męczyć polemiką, z wynurzeniami zidiociałych hunwejbinów „poprawności politycznej”, przejdźmy obecnie do rzeczywistych treści, zawartych w inkryminowanym felietonie S. Michalkiewicza. Znajdujemy tam zdanie o tworzeniu – ofensywą „GW” – „atmosfery sprzyjającej ustępliwości rządu, wobec żądań przedstawicieli izraelskich władz”, a także roztropną opinię, iż „żądanie spacyfikowania Radia Maryja, stanowiło bezprzykładną ingerencję w polskie sprawy wewnętrzne”. Na tym chciałbym się skupić, gdyż i o to – zapewne – „zahaczy” red. Michalkiewicza, przesłuchujący go prokurator, a na temat „bezprzykładnej ingerencji w polskie sprawy wewnętrzne” oraz „ustępliwości rządu”, mam do przekazania – opinii publicznej - fakty zgoła nietuzinkowe! [Na tę okoliczność zwracam się także do toruńskiej prokuratury, o przesłuchanie mnie w charakterze świadka; a może nawet – podejrzanego..?]

Cofnijmy się więc nieco w przeszłość, do roku 1998. W owym czasie byłem już po kilkuletnich staraniach o zrealizowanie dużego filmu dokumentalnego, poświęconego stosunkom polsko-żydowskim, począwszy od pierwszej wielkiej fali imigracyjnej, za panowania Kazimierza Wielkiego, aż po współczesność. Film zamierzony był w trzech częściach; rzetelny, bo oparty wyłącznie na udokumentowanych faktach i pozbawiony jakichkolwiek komentarzy odautorskich. Jeśli jednak oparty na faktach, to już trudno, ale także... „antysemicki” niechybnie, skoro – jak już wiemy - niektóre fakty także bywają „antysemitami”..! Ponieważ – jako się rzekło – Maczuga jest straszliwa, nie znająca co to „zmiłuj się!”, więc wszyscy potencjalni sponsorzy w Polsce, dawali – prędzej czy później – drapaka, usłyszawszy temat zamierzonego filmu. W końcu trafił mi się ktoś z Ameryki, zdecydowany sfinansować film; przynajmniej w części.  Żywiąc naiwne przekonanie, że za rok film może już być prawie gotowy, postanowiłem – nie czekając na zapowiedziane pieniądze - za własne środki nakręcić relację z Marszu Żywych, w którym uczestniczyli wówczas także premierzy: Buzek i Nethaniahu. Szczególnie (a właściwie wyłącznie) zainteresowany byłem rozmowami z młodymi uczestnikami Marszu: zwłaszcza z Ameryki, gdzie poddawani są notorycznie – od wielu, wielu lat - „edukacji” o „polskich obozach koncentracyjnych”, bo nie jest to zjawisko z ostatniego roku, jak można by sądzić, z ostatnich „odkryć” demo-liberalnych mediów!. [I rzeczywiście: nagrałem wielce pouczające – w tym względzie – opinie młodych Żydów amerykańskich; a także - uzasadnienia obecności pancernej ochrony izraelskiej, uzbrojonej w „giwery” do kostek, „niezbędnej, bo broniącej” ich – w Polsce - przed... „atakami polskich antysemitów”!]

Próby uzyskania informacji o Marszu (i akredytacji przy nim) w środowiskowych instytucjach polskich Żydów (które zdumiewająco… „nie posiadały” żadnych informacji na temat Marszu), nie dały żadnego skutku, więc skontaktowałem się z Kancelarią Premiera, gdzie odbyłem kilka rozmów z min. Jerzym Markiem Nowakowskim (późniejszym żurnalistą Tygodnika „Wprost”). Zapewnił mnie o zainteresowaniu rządu powstaniem takiego filmu i obiecał pomoc „logistyczną” przy jego produkcji, w ramach której zaproponował mi towarzyszenie pierwszej wizycie premiera w USA i… sfilmowanie jego wizyty w Muzeum Holocaustu. [Pomoc logistyczną tylko – bez wsparcia finansowego – ale pomyślałem sobie, że lepsza taka pomoc – nawet ukradkiem - niż dotychczasowa, tchórzliwa i wieloletnia bezczynność rządów, wobec rozpowszechnianych w Ameryce oszczerstw, pod adresem Polski i Polaków.] Wiele dni trwała ta „pomoc” logistyczna i aż do wyjazdu z Warszawy... nie uzyskałem żadnej akredytacji na piśmie... Jednak w przeddzień Marszu zadzwoniła do mnie p. Magdziak-Miszewska (minister odpowiedzialna za… kontakty polsko-żydowskie, a później: ambasador w Izraelu), udająca się już do Oświęcimia; z informacją, że „wszystko jest załatwione i mogę przyjeżdżać z ekipą”... Tak też uczyniłem, a na miejscu okazało się, że... nie wszystko!?

Po dwóch godzinach nerwowego oczekiwania – w hotelu - na faks z Centrum Informacyjnego Rządu, otrzymałem w końcu rekomendację z pieczęcią Kancelarii Premiera RP. Po wysłuchaniu żydowskich instrukcji: „gdzie wolno nam przebywać, a gdzie nie”, z ust jednej z amerykańskich organizatorek Marszu, udaliśmy się do obozu Auschwitz-Birkenau, legitymowani - po drodze - przez „niezliczone” posterunki policyjne, rozstawione na ulicach miasta Oświęcimia, które w dniach Marszu poddane jest „stanowi wojennemu”, wskutek czego swobodne przemieszczanie się po mieście jest wykluczone! [Skądinąd ciekawe, czy są jeszcze - wśród mieszkańców Oświęcimia – jacyś… „nie-antysemici”?] Na miejscu, przed boczną bramą obozu Birkenau, którą wpuszczano ekipy dziennikarzy i filmowców, zostaliśmy sprawdzeni (także elektronicznie) przez funkcjonariuszy polskiego BOR-u, otrzymując imienne identyfikatory. Gdy wchodziłem już do obozu, drogę zastąpiła mi młoda funkcjonariuszka izraelskiej ochrony (ichniego BOR-u, a może nawet – o zgrozo! – Mosadu!?) i brutalnie zrywając mi identyfikator (akredytację), oświadczyła, że nie wejdę do środka! Pokazałem jej mój „glejt”, a zwłaszcza jego nagłówek: „Kancelaria Premiera RP”. Wyśmiała go, podkreślając aluzyjnie, do czego może posłużyć mi ów… „papier”! Zwróciłem się z interwencją do polskich „borowików”, ale ci oświadczyli mi – z widoczną konfuzją i irytacją, której trudno się dziwić, zważywszy na fakt, że znajdowaliśmy się na terytorium wciąż niby suwerennego(?) państwa polskiego  – że nic nie mogą na to poradzić, gdyż „takie otrzymali instrukcje”!!!

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale