W bliskich, przyjaznych i ceniących poczucie humoru Niemczech dzika awantura w związku z zapowiedzią, iż rolę Clausa Schenka von Stauffenberga ma zagrać po angielsku Tom Cruise. Zdjęcia do „Valkyrie” - wielkoformatowego dzieła o nieudanym zamachu na Hitlera mają się zacząć już 19 lipca w wigilię sześćdziesiątej trzeciej rocznicy wydarzeń z „Wilczego szańca”.
Przypomnijmy, że 20 lipca 1944 weteran walk Africa Corps, potomek bawarskich arystokratów, pułkownik hrabia Claus von Stauffenberg osobiście wniósł do kwatery Adolfa Hitlera neseser wypchany materiałami wybuchowymi. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, eksplodował tylko jeden ze znajdujących się w niej ładunków wybuchowych i to tak niefortunnie, że Hitler odniósł tylko drobne obrażenia. Czterech siedzących obok oficerów poniosło śmierć na miejscu. Stauffenberg, przekonany o śmierci fuhrera udał się samolotem do Berlina. Dopiero na miejscu dowiedział się o niepowodzeniu zamachu. Aresztowany, został rozstrzelany bez sądu następnego dnia. Początkowo pochowano go z honorami, jednak kilka dni później grób rozkopano, zaś jego zwłoki sprofanowano i spalono.
W demokratycznych Niemczech uznaje się go za bohatera narodowego. – „…Stauffenberg jest dla Niemców tym, czym dla Amerykanów jest połączenie Jeffersona, Lincolna, macierzyństwa i szarlotki na ciepło” – powiada niemiecki dziennikarz Josef Joffe. Postać pułkownika wydaje się nie tylko filarem zawiłej intelektualnie konstrukcji, dzięki której możliwe jest niemieckie dobre samopoczucie na temat wydarzeń epoki nazizmu, ale i fundamentem żerującego na poprawności politycznej przesłania dla świata, że ów sprawiedliwy z Sodomy z powodzeniem odkupuje grzechy narodu, który bez protestu zaakceptował ‘ustawy norymberskie’ i specjalnie nie sprzeciwiał się eksterminacji słowian.
Pewnie ta sama poprawność polityczna stała za pomysłem nakręcenia „Valkyrie”. Reżyser Bryan Singer chciał Niemcom zrobić dobrze; (już wszyscy zacieraliśmy ręce, by przyjąć za dobrą monetę mit o naturalnym oporze niemieckiej elity wobec nazizmu), lecz w konsekwencji trafił na falę tępej negacji. Problemem okazało się wyznanie Toma Cruisa. Otóż w mniemaniu lokalnej elity, gwiazdor – jako scjentolog – profanuje osobę Stauffenberga: „…to równie niedopuszczalne, co obsadzenie Judasza w roli Jezusa. Nazwałbym to świeckim bluźnierstwem” – mówi Josef Joffe. Scjentologia to dla Niemców nie żadna religia, a opierająca się na totalitarnych mechanizmach sekta. Człowiek, który ją publicznie legitymuje, nie może wcielić się w rolę niemieckiego bohatera narodowego. Świeckiego świętego.
Mam nieodparte wrażenie, że z tej historii wychodzi cała przyciężka prawda o zawiłościach niemieckiej duszy. Otóż dopóki sprawy dotyczą kwestii dla przeciętnego Niemca neutralnych (zwłaszcza, gdy są to niemieckie opinie o reszcie świata), to normą ma być tolerancja, poszanowanie wartości ogólnoludzkich i zdrowy dystans do rzeczywistości. W momencie jednak, gdy dyskurs (opinia) dotyka dóbr narodowo wrażliwych, jedyną tolerowalną postawą ma być śmiertelna powaga. Oto płynący znad Wisły protest przeciwko nazywaniu polskiego prezydenta kartoflem jest nad Łaba przejawem nacjonalizmu i dziwactwem. Gdyby jednak nadszedł komunikat, że dla Stauffenberga to zaszczyt, że ma go zagrać Tom Cruise, jego autora pewnie nie przepuszczono by przez granicę.
Zastanawiam się jakie emocje towarzyszyły by w Polsce newsowi, że w hollywoodzkim filmie rolę Tadeusza Kościuszki (przez grzeczność nie wspominam o filmie „Strajk” i karykaturze Anny Walentynowicz) ma zagrać np. Aleksander Domagarow. Czy ktokolwiek by się tym przejął? A nawet jeśli, to refleksja ta utonęła by w oceanie narodowej dumy, że ktoś w ogóle o nas pamięta. Cruise gra Stauffenberga? Daj mu Boże.
Przy okazji warto przypomnieć, że Claus Schenk von Stauffenberg z polskiej perspektywy nie jest postacią jednoznaczną. Z ducha był konserwatywnym nacjonalistą. O mieszkańcach kraju nad Wisłą pisał we wrześniu 1939 roku w liście do żony Niny: "Ludność to niesłychany motłoch, tak wiele Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych". Poglądy te nie ograniczały się do prywatnie wyrażanych opinii, lecz znalazły miejsce także w założeniach programowych spiskowców Stauffenberga. Wśród warunków pod jakimi rozpoczęłyby się negocjacje z Aliantami spiskowcy domagali się panowania nad ziemiami polskimi, zamieszkałymi przez miliony Polaków, takimi jak Wielkopolska z Poznaniem, Górny Śląsk i Pomorze Gdańskie, co potwierdzał podany przez Stauffenberga punkt ósmy głoszący m.in. "Granice Rzeszy z roku 1914 na wschodzie."


Komentarze
Pokaż komentarze (19)