Kiedy w 1948 roku Vladimir Nabokov zatrudniał się w roli profesora nadzwyczajnego w katedrze slawistyki na Cornell University, był nie tylko cenionym klasykiem literatury rosyjskiej, ale i uznanym profesorem literaturoznawstwa z Wellesley, na której to uczelni pracował przez kilka sezonów, tuż po swoim przyjeździe do Ameryki.
A jednak jego zatrudnienie wzbudziło sprzeciw części środowiska akademickiego. Ukuto wtedy sławny argument, że „nie należy zatrudniać słonia w charakterze dyrektora ogrodu zoologicznego”; …tak, Nabokov może i jest wielkim pisarzem, ale czy będzie dobrym nauczycielem literatury? W to niektórzy mocno wątpili.
„Słonia” po krótkiej burzy jednak zatrudniono.
I tylko dzięki temu uczelnia zyskała nazwisko wykładowcy, dzięki któremu kojarzona jest powszechnie do dziś. Nabokov pracował tam do 1958 roku, przez dziesięć pełnych lat, wykradziony (formalnie – zastępstwo) na bodaj dwa sezony przez Uniwersytet Harvarda. Wykładał z sukcesem pisząc równolegle swoje najlepsze powieści. Ze spisanych wykładów złożono później monumentalne „Wykłady o literaturze”, „Wykłady o literaturze rosyjskiej”, „Wykłady o Don Kiszocie”. Pozycje przeszły to kanonu pewnie dlatego, że autorem był petersburski „Słoń”.
Czy aby Nabokov nie pisał bardziej dla siebie, niż dla uczelni? Czy nie zyskiwał więcej jako autor, niż jego studenci? Czy wycinał innych slawistów? Czy aby nie zdominował swoimi (mocno kontrowersyjnymi) poglądami całego kierunku? Na wszystkie te pytania należy odpowiedzieć zapewne twierdząco.
Przeciwnicy – nie bez racji - uznawali go za nadętego bufona. Konkurencja za skończonego egoistę i niepoprawnego megalomana. Miał go dość i rektorat i sponsorzy uczelni. Ale kochali go studenci. I matka Literatura, której pięknie się odpłacił.
Tak to jest. Tak to bywa, gdy zatrudnia się słonia.
Nawet gdy jest lisem.


Komentarze
Pokaż komentarze (114)