Trzeba pochylić czoło przed mistrzostwem taktycznym J. Kaczyńskiego na tym etapie kampanii. Oto wypadki toczą się pod jego dyktando, główny przeciwnik – Platforma - jest jak zły uczeń stawiana w kąt, a Donald Tusk musi czuć zbliżający się cień wielkiej chmury.
Wczorajsza deklaracja Macieja Płażyńskiego - mało dyskretny bluff wobec zwolenników przebrzmiałej idei POPiS, którą legitymować chce Płażyński. Przynajmniej werbalnie. Oto były marszałek sejmu mówi, że startuje z list PiS, bo stąd bliżej do wymarzonej koalicji. Kaczyński przyjmuje te słowa bez pokory, bo chwilę później bije na odlew w twarz lidera PO symptomatycznym komentarzem: debata z Tuskiem? Po co rozmawiać z pomocnikiem, skoro mogę rozmawiać z szefem… A więc po twarzach wszystkim POPiS – owcom. Bez skrupułów!
Oczywiście rozsądek podpowiada: a gdzie miał by iść Płażyński? W PO już kiedyś był i stracił pozycję. Wrócić na kolanach do Tuska? Z jego ambicjami. Do LiD, Samoobrony, PSL? Przecież wszystko to absurd! Zostaje mu tylko PiS. Wystarczyło rozbudzić ambicję i już ma się jednego z byłych liderów PO (i polityka ciągle w Gdańsku popularnego) w swoich szeregach. Jaka ma być rola Płażyńskiego? Ma przejąć elektorat naiwniaków, którzy ciągle marzą o POPiS-ie. A, że są naiwniakami, mówi sam premier: po co rozmawiać z Tuskiem, przecież to tylko pomocnik Kwaśniewskiego, który legitymuje obrzydliwy stano-wojenny alians POLiD.
PO daje się zapędzać w kąt. Kaczyński z premedytacją marginalizuje Platformę. To już tylko przybudówka LiD. Formacja satelicka lewicy. Dla PiS lepiej ustawić się wobec „postkomunistów”. To czytelniejszy przeciwnik. Bardziej podatny na ostrą i akceptowalną retorykę. Łatwiej o nich mówić „komuchy”, „czerwoni”, „układ”. Zawłaszcza się w ten sposób przestrzeń wspólnie dotąd dzieloną z PO. Mobilizuje na rzecz głośniejszego rajcownika tradycyjny anty-sld-owski elektorat.
Przebiegły ten nasz premier. Czy ustawiony w kącie Donald Tusk znajdzie na niego metodę. Czy pobeczy się jak drugoklasista z prowincjonalnej szkoły i ze łzami w oczach poprosi o debatę? Zobaczymy.
Na razie wszystko tej kampanii toczy się w cieniu auto-adoracji PiS i „pełzającego” (jak niegdyś kontrrewolucja) przekonania, że PiS te wybory wygra. Jeśli PO nie ma pod płaszczem jakiegoś „wuderwaffe”, pewnie tak się to skończy.


Komentarze
Pokaż komentarze (59)