11 listopada każe myśleć o patriotyzmie. O tym tradycyjnym, w jego wymiarze historycznym i tym małym, patriotyzmie dnia powszedniego, o naszych postawach wobec spraw i ludzi. I o ile w kwestii patriotyzmu in abstracto o zgodę łatwo, o tyle sprawy naszego patriotyzmu dnia codziennego muszą dzielić, bo odnoszą się do ocen ludzi i zachowań.
O sprawie pomyślałem wczoraj w kontekście dwóch zdarzeń, pierwszego sprzed kilku dni, kiedy podczas inauguracyjnej sesji Sejmu urzędujący premier jako jedyny nie powstał w czasie, gdy na sejmowych trybunach zasiadał Lech Wałęsa, i drugiego – wczoraj, kiedy urzędujący prezydent w czasie witania gości na Placu Piłsudskiego ostentacyjnie nie podał ręki i nie przywitał z nazwiska urzędującego już marszałka Sejmu.
Ktoś powie: małość, kwestia wychowania, a rozum podpowie, że sprawę może warto wstydliwie przemilczeć. Ale nie. Ja poczułem się osobiście dotknięty i to nie w sensie emocjonalnym, choć tak byłoby to wytłumaczyć najprościej. Rzecz obiła się o poczucie i rozumienie patriotyzmu właśnie w jego wymiarze codziennym, praktycznym, gdzie obok miłości do ojczyzny stoi szacunek dla państwa, prócz uszanowania symboli poważanie dla demokratycznych wyborów narodu, a obok poczucia jedności szacunek dla ciągłości historii i jej bohaterów.
Zachowanie wobec Lecha Wałęsy i Bronisława Komorowskiego naznaczyło skazę na mojej osobistej wierze w rozumienie przez Panów Premiera i Prezydenta czym jest patriotyzm dnia codziennego. Ktoś powie: można ich usprawiedliwić, czuli się dotknięci. Obrażeni. Niby tak, ale mnie nie interesują motywacje. Nic mnie nie obchodzi, czy ktoś czuje się osobiście urażony, czy obrażony. Jest premierem, jest prezydentem. Oczekuję od nich zachowań mężów stanu, zachowań – przynajmniej w trakcie obchodów święta narodowego – powyżej poziomu osobistej afektacji.
Upokarzanie byłych przeciwników politycznych na oczach świata nie służy Polsce. I nie mieści się w kategorii patriotyzmu. Nie można mieć wobec tego żadnych wątpliwości.


Komentarze
Pokaż komentarze (84)