Ernest Skalski w swoim wczorajszym tekście bez skrupułów udowadnia, że polskie wojsko w swej historii niczym nie różniło się od innych armii, i tylko nowoczesne normy prawa międzynarodowego, podniesienie się standardów cywilizacyjnych, tudzież doskonalsza technika wojskowa ogranicza ofiary po stronie cywilnej.
Można się z nim zgodzić, albo nie.
Jeśli się zgodzić, to tylko na gruncie ogólnego przekonania, że natura ludzka (żołnierska) jest niezmienna, społeczeństwa się od siebie nie różnią, ludzie myślą i czują mniej więcej tak samo, albo też normy zawodowe współczesnych armii wyrównują kwestie mentalne.
A wiemy, że tak nie jest. Armie są przecież narodowe i w jakiś sposób oddają w swoich reakcjach poglądy i stereotypy społeczeństw z których się wywodzą. Wiedzą o tym doskonale organizatorzy ONZ-owskich, NATO-wskich, czy unijnych misji wojskowych, i dlatego kontyngenty dobiera się nie z automatu, a według jakiegoś narodowego klucza (np. nikt nie wyśle do Darfuru, bądź Czadu armii izraelskiej). Gorzej to wiedzą Amerykanie, pozostający ciągle w przekonaniu, że ich armia jest jak najbardziej OK., kwestią jest tylko sfinansowanie przez Kongres misji, logistyka i krótkie kursiki o miejscu akcji dla żołnierzy.
Po co ten wstęp? Otóż w czasie debaty o ostatnich wydarzeniach w Afganistanie, wróciłem pamięcią do rozmów z polskimi dziennikarzami wracającymi przed kilku laty z Iraku. Z pewnym zażenowaniem przypominam sobie, że na fali owianej mitycznym „sukcesem” wojenki w Zatoce, o tubylcach mówili często „smoluchy”, „śniadzi”, brudasy” etc.
Ile było w tym przesady, zadęcia, pozy, tromtadracji? Nie wiem. Pewnie wiele. Nie mniej, po przebiciu się przez warstwy zapewne przesadzonego słowotwórstwa, odnosiłem wtedy wrażenie, że gdzie na dnie łatwo zdnaleźć ślady uprzedzeń, rasowej pogardy, nie obcej przecie nam jako społeczeństwu. Czy więc, nie to może być pra-przyczyną tragedii w Nangar Khel?
Przeprowadziłem kilka rozmów na ten temat z byłymi i aktualnymi korespondentami wojennymi z Iraku (i Afganistanu). Z pewną ulgą wysłuchałem zapewnień, że moje podejrzenia idą zbyt daleko, że właśnie polscy żołnierze byli przyjmowani przez lokalną ludność lepiej, między innymi ze względu na ich lepszy stosunek do lokalnej ludności, może elementarny szacunek, może po prostu mniej amerykańskiej „okejowatości”, czyli po naszemu, z jednej strony - samozadowolenia, z drugiej - pogardy i buty wobec tubylców.
W Afganistanie jesteśmy jednak na innej ziemi, a i misja ma innych charakter. Jest misją czysto wojenną. Polacy muszą uczestniczyć w walkach, a wiadomo, że walki muszą wiązać się z ofiarami wśród ludności cywilnej. Polscy żołnierze – jeśli to prawda – muszą wyjątkowo dbać o ów szczególny mir jaki budzą na mundurach naszywki z arabskim napisem „Bolandija”.
Ale to nie tylko uwaga wobec samych żołnierzy; to apel wobec tych, którzy żołnierzy na tę wojnę wysyłają: niech nie trafiają tam ludzie przypadkowi! Należy nie tylko dokonywać selekcji, ale intensywnie przygotowywać żołnierzy w zakresie zagadnień kulturowych, obyczajowych i i cywilizacyjnych kraju, do którego się ich wysyła. Należy przyłożyć wyjątkową wagę do kwestii rozwinięcia misji cywilnej!
Może dzięki temu nasz stosunek do ludzi, których jedziemy ochraniać będzie lepszy od amerykańskiego. Ten wyraża się najlepiej w przytoczonym w Dużym Formacie GW wyznaniu jednego z powracających z Afganistanu żołnierzy: (cytuję z pamięci) „Amerykanie też wjechali na minę. Od razu zabili dwóch Pasztunów, którzy byli w okolicy. I awantury żadnej nie było…”


Komentarze
Pokaż komentarze (20)