Przede wszystkim trzeba tam być. Doświadczenie pokazuje, że nieobecność w takich gremiach bywa szkodliwa. Oczywiście nie wiemy jeszcze ani jaka będzie faktyczna rola rady, ani kto w niej zasiądzie, ale doświadczenie skrajnie zbiurokratyzowanej Unii, dowodzi, że powoływane ad hoc gremia poza-formalne, mogą miewać duże znaczenie. Potwierdza to niedawny case powołanego przez Valerego Giscarda d’Estaing konwentu redagującego projekt europejskiej konstytucji, która co prawda nie weszła w życie, ale której większość założeń wprowadzono do „Traktatu lizbońskiego”. A zatem, bocznymi drzwiami, ale jednak materiał wypracowany przez konwent d’Estaigna staje się jednym z fundamentów Unii Europejskiej.
Czym ma być „rada mędrców”? To pytanie z wieloma odpowiedziami. Nicolas Sarkozy, jeden z pomysłodawców będzie – jak się powszechnie uważa – próbował wykorzystać radę do wspierania dyplomacji francuskiej. Obserwatorzy twierdzą, że głównym celem może być (w ślad za deklaracjami wyborczymi Sarkozy’ego) zablokowanie projektów poszerzenia Unii o kolejne kraje, ze szczególnym uwzględnieniem Turcji. Ma to oczywisty związek z francuskimi problemami integracji mniejszości muzułmańskiej. Turcja w Unii to przede wszystkim przeciwwaga dla tradycyjnej francuskiej polityki izolowania świeckiego państwa od sfery religii. O ile jest to proste w relacji państwo-francuskie – kościół katolicki, o tyle muzułmanie są i będą coraz większym problemem. Sarkozy trafnie przeczuwa, że rządzona przez partię islamską Turcja będzie w tej kwestii dla Francji przeciwwagą.
Dlatego też, pierwszym wyzwaniem, jakie postawił przed radą jest przygotowanie raportu o rozszerzeniu Unii (a może o potrzebie jej zamknięcia w dotychczasowych granicach). Raport ma być gotowy w 2010 roku. Oczywiście to tylko jedno z wielu zadań. W kontekście rady mówi się o potrzebie strategicznej refleksji nad przyszłością tego złożonego organizmu; są więc i kwestia imigracji, i zmian klimatycznych, polityki energetycznej, misji zagranicznych etc. Z perspektywy polskiej absolutnie fundamentalne na dziś są kwestie wspólnej polityki energetycznej i poszerzenia Unii. Pierwsza sprawa obejmuje szeroko problem dywersyfikacji źródeł energii również dla naszego kraju, a węziej - rurociągu bałtyckiego. Sprawa druga to kwestia fundamentalna w polskiej polityce zagranicznej, jaką jest włączenie do Unii Ukrainy. Blokada na nowych członków Unii może oznaczać odsunięcie członkowstwa Ukrainy w Unii na długie lata. Tu potrzebne jest nasze stanowcze veto.
Wyróżnienie tych dwóch podstawowych kwestii nie oznacza, że pozostałe mają charakter marginalny. Problem imigracji już dziś staje się w Polsce ważny, zaś inną sprawą jest, że Warszawa, z pobudek czysto prestiżowych powinna uczestniczyć w każdej dyskusji, która dotyczy istotnych spraw europejskich, niezależnie od tego, czy tematy te w mniejszym, czy większym stopniu dotyczą naszych problemów wewnętrznych.
Czy Lech Wałęsa jest dobrym kandydatem do europejskiej „rady mędrców”? Wydaje się, że w najwyższym stopniu. I nie chodzi tylko o magię jego nazwiska. Rada to gremium o nieco innej proweniencji, niż brukselskie kręgi biurokratyczne. Rada ma być – wedle tego, co słyszymy – grupą wizjonerów. Bo – niezależnie od osoby jej szefa Felipe Gonzaleza (socjalista, marzyciel, ale również współtwórca hiszpańskiego „cudu gospodarczego”) – mają do niej trafić była prezydent Łotwy – Vaira Vike-Freiburga oraz Jarma Ollila, twórca sukcesu fińskiej firmy Nokia. Na giełdzie nazwisk padają coraz to nowe, między innymi wymienia się Irlandczyka Pata Coxa i byłego piłkarza Johana Cruijffa. Co łączy tych ludzi? Z pewnością nie wspólna praktyka brukselskiego parlamentarzysty (mimo, że niektórzy mają takie doświadczenie), tylko wizjonerstwo, pozycja w ich krajach, a zarazem pewna międzynarodowa legenda.
Czy Wałęsa do tego grona pasuje? Któż bardziej od niego? Odpowiem pytaniem. To nie europejski intelektualista, wytrawny dyplomata i lew salonowy w stylu wielkiego (i chyba wciąż niedostatecznie w Polsce docenianego) Bronisława Geremka. Wałęsa to żywioł, nieskończona inwencja, magnetyczny wpływ na ludzi. Jako były prezydent i laureat Nobla z pewnością będzie łatwiejszy do zaakceptowania przez Gonzaleza, który jest osobiście odpowiedzialny za przedstawienie składu rady.
A akceptacja Gonzaleza, to nasz polski udział w radzie, której karta jest jeszcze otwarta, ale z pewnością wypełni się treścią dla Polski szalenie ważną. Któż więc, jeśli nie Wałęsa? Nie widzę kandydatów. I po cichu marzę, żeby były przywódca Solidarności, jeśli do rady trafi, chciał czasem konsultować swoje stanowisko z polskimi: prezydentem i premierem. I z tym może być najbardziej krucho. Ale cóż, może tym razem – ten niewątpliwie historyczny człowiek – będzie umiał wzbić się ponad własne małości? Oby.


Komentarze
Pokaż komentarze (84)