Słuchałem dziś rano w Zetce Brudzińskiego, który nie krył dziwnej (przynajmniej dla mnie) satysfakcji, że z klubu PiS odchodzą kolejni posłowie. Pozwolił sobie nawet na dworowanie, że panowie tak to ułożyli na potrzeby prasy, żeby ta co dwa dni miała jakiś polityczny hit. Zdaniem Brudzińskiego posłowie odchodzą między innymi po to, by dać medialny żer gremialnie pro-tuskowym, zhołdowanym Platformie mediom.
Tak naprawdę szkoda o tym pisać po raz kolejny, ale dziwi mnie, że ludzie tacy jak Brudziński ciągle nie umieją sobie zadać elementarnego pytania: dlaczego w istocie większość prasy przed wyborami nie sympatyzowała z PiS? Otóż, gdyby sobie to pytanie zadali odpowiednio wcześniej, może byliby dziś ciągle przy władzy.
Mam wrażenie, że wielu ludzi w PiS tą kwestię (jak wiele innych równie elementarnych) ostatnio postawiło. Doszły do nas nawet echa dyskusji na ten temat. Bo jeśli Prawo i Sprawiedliwość do władzy kiedykolwiek chce wrócić, musi sobie odpowiedzieć na pytanie nie tylko o idee i program, ale również o partyjną retorykę, komunikację wobec różnych grup społecznych, czyli również o relacje z mediami, bowiem to one przecież, nikt inny, są pośrednikami w tej komunikacji.
Dość prostackie obrażanie mediów a la Brudziński, który suponuje, że media są służalcze, uprawiają kult jednostki, etc., absolutnie temu niezbędnemu procesowi nie służy, a tylko nas od siebie oddala. Oddala również od władzy partię Prawo i Sprawiedliwość. Wołam tu więc o umiar, o pewne przewartościowanie pojęć, niezbędną zmianę kierunku, jeśli chce się przeżyć. Dziś jeszcze można. Ale jutro będzie za późno.
Pomaga temu wbrew pozorom poseł Brudziński, rzekomo bezpośredni i rubaszny, ale nie rozumiejący do końca, że gdy on się ironicznie cieszy, Polska wcale nie płacze. Tylko zadaje sobie pytania. I nie są to pytania, których z wielką chęcią słuchałoby w PiS-ie.


Komentarze
Pokaż komentarze (103)