Jeszcze wczoraj wieczór, szykując się do dzisiejszego porannego podsumowania roku w TOK FM, sporo czytałem o Pakistanie. Miałem wrażenie, że trzeba powiedzieć o sytuacji w tym kraju, który jeszcze dziś rano – w miarę – bezkonfliktowo szykował się do zapowiedzianych przez gen. Perveza Mushrrafa na styczeń wyborów parlamentarnych. Do głowy mi nie przyszło, że po zamachu w Rawalpindi, o Pakistanie, od wczesnego popołudnia będzie mówił cały świat.
Na te wybory czekał cały świat islamski. I kręgi odpowiedzialnych za środkowy Wschód polityków reszty krajów globu. Wybory miały być – skądinąd wymuszonym przez Zachód – aktem dobrej woli reżimu, który 3 listopada wprowadził stan wyjątkowy, by potem nagle go znieść. Pervez Mushrraf nie tylko zdjął mundur, ale również zapowiedział uczciwą grę wyborczą. Jak miała się skończyć? Czy władza miała pozostać w rękach generałów, czy przejść w ręce opozycji? I której, czy tej zbliżonej do fundamentalistów, czy też Pakistańskiej Partii Ludowej, której ludzką twarzą była Benazir Bhutto?
Była dwukrotna pani premier wróciła do kraju z emigracji w Dubaju w październiku tego roku. Miała pewnie pełną świadomość, że lądując w Islamabadzie rozpoczyna grę z opatrznością. Pakistan to jeden z najtrudniejszych krajów na świecie. Skala napięć do jakich w nim dochodzi jest z naszej europejskiej perspektywy nieprawdopodobna. To niemal dwustumilionowy kraj, opleciony gęsta siecią wpływów klanów i plemion. Z dziedzictwem wieloletniego konfliktu z Indiami, aktywnymi bazami talibów i Al-Kaidy, z całymi wielomilionowymi obszarami, na których względny porządek utrzymuje się wyłącznie dzięki obecności stu-tysięcznej armii. Rozdarty politycznie, między islamskim fanatyzmem, resentymentem demokracji i pro-amerykańskim reżimem, bez którego kraj krwawiłby w dziesiątkach wewnętrznych i międzynarodowych konfliktów zbrojnych. Świat niebywale skłębionych emocji.
Do takiego kraju wróciła Benazir Bhutto. Kobieta, która stała się legendą. Nie tylko dzięki swojej przynależności do klanu byłego premiera Zulfikara Bhutto. Nie tylko jako jego córka. Benazir zdobyła sobie świat inteligencją i urodą. Stała się symbolem emancypacji kobiet w islamie. Pierwszą w historii państw muzułmańskich panią premier. Rządziła Pakistanem w latach 1988-90 i 1993-96. Dwukrotnie odchodziła na skutek zarzutów o korupcję. Ciekawe, że zarzuty nie dotyczyły jej osobiście, ale jej męża i innych członków klanu. Konsekwentnie odpowiadała, że nie jest sprawcą, tylko ofiarą. Gdzieś jednak w tle tych jej zapewnień czaił się dramat islamskiej kobiety, która nie może się sprzeciwić skorumpowanemu mężowi. Islamska tradycja na to nie pozwala.
Dziś zginęła w zamachu wsiadając do samochodu po wiecu wyborczym w Rawalpindi. To jedno z wielkich pakistańskich miast położone w bezpośrednim sąsiedztwie Islamabadu. Zabójca, dla pewności – oddał do niej kilka strzałów – a potem wysadził się w powietrze zabierając z sobą kilkanaście innych osób. Benazir umarła w drodze do szpitala. Jej zwolennicy z bólem ogłosili, że weszła w krąg męczenników sprawy. Jakiej sprawy? Wolności Pakistanu? Walki z terroryzmem (co głośno zapowiadała po powrocie)? Ograniczonego feminizmu kobiet islamu? I kto jest sprawcą tej zbrodni, która może zrewoltować Pakistan? Generałowie, czy fundamentaliści? To pewnie nie wyjaśni się nigdy. Odeszła legenda. Człowiek z charyzmą. A może przede wszystkim piękna, wybitna kobieta i już to powinno nas poruszyć. Co się stanie w Pakistanie? Kto przejmie władzę? Czy arsenał nuklearny jest bezpieczny? Te i tysiąc innych pytań dziś i jutro. Bez odpowiedzi…


Komentarze
Pokaż komentarze (9)