Dziedzictwo „grubej kreski”
Rok 2007. Jakim przejdzie do naszej pamięci? Czy będzie pamiętany jako rok klęski wyborczej PiS i sukcesu Platformy Obywatelskiej? Upadku systemu wartości fundowanego przez Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, na których miejsce wchodzi „cywilizacja miłości” zapowiadana przez Donalda Tuska? A może za tym wyborczym parawanem kryje się coś znacznie ważniejszego? Jakieś przesunięcia na mapie mitologii narodowej, które są jak wielkie kroki historii, o których będzie kiedyś w podręcznikach? Mam wrażenie, że jeśliby szukać jakiś fundamentalnych zmian, które odciskają swoje piętno o świadomości historycznej Polaków, to rok 2007 może przejść do podręczników jako ostateczny koniec mitu założycielskiego III RP. Tego mitu, który opierał się na dychotomii Polski po-sierpniowej i kontynuatorów PRL.
Po wyborach czerwcowych 1989 roku uwierzyliśmy, że oto dziedziczące po Solidarności wolne społeczeństwo odbiera kraj chylącej się do upadku PZPR. Przejęcie władzy z rąk komunistycznej dyktatury odbyło się w sposób bezkrwawy, więc ugrupowania polityczne wywodzące się z szeregów PZPR zachowały swoje miejsce na scenie politycznej. Nie dokonano aktu symbolicznego zerwania z przeszłością, delegalizacji formacji postkomunistycznych. Nie było to zresztą możliwe, bo jednym z fundamentów mitu założycielskiego było pokojowe przejęcie władzy i nie rozliczanie przeszłości (słynna „gruba kreska”) w sensie politycznym. Rzecz jasna już na początku lat dziewięćdziesiątych takie podejście do rozliczeń z przeszłością było mocno krytykowane. Nie mniej ci, którzy podnosili sprzeczne z oficjalną linią postulaty radykalnej dekomunizacja byli wówczas spychani na moralny i środowiskowy margines.
Długie życie mitu
Ów mit założycielski, który sprowadzał się do dystynkcji pomiędzy dziedzicami idei „sierpniowych” i post-komunistów miał wyjątkową żywotność. Wyznaczał zasadnicze podziały i określał zasadnicze wybory przez ponad szesnaście lat. Przez wszystkie te lata, w kolejnych wyborach elektorat głosował „za” Solidarnością i jej systemem wartości, albo „przeciw”. Bycie „za”, lub „przeciw” implikowało miliony indywidualnych wyborów, kreowało bohaterów i budowało kariery. I mimo, że ów mit założycielski był podgryzany przez wiele lat przez wielu jego współtwórców (głównie tych, którzy – ja Kaczyńscy – nie czuli się do końca jego beneficjentami), jego żywotność była zadziwiająca. Niekiedy miało się już dość tego wiecznego odnoszenia wszystkich spraw w polityce do nieśmiertelnej matrycy – jesteś „po-sierpniowy”, czy nie? Na mętnych relacjach wobec problemu wypływali niekiedy politycy o wielkich nazwiskach, jak Aleksander Kwaśniewski, czy Marek Borowski. W oczywisty sposób „stamtąd”, ale nie do końca, bo za demokracją, wartościami. Ci sami zresztą ludzie byli często osobiście świadomymi sprawcami mieszania pojęć. Siła mitu założycielskiego była jednak wciąż niebanalna. Odbiła się ważnym echem jeszcze w kampanii 2005 roku, kiedy PiS posłużył się sloganem „państwa solidarnego” i przez wiele miesięcy po wygranych wyborach, kiedy mamiono „post-solidarnościowy” elektorat możliwym aliansem z PO, zatem szczęśliwym mariażem dwóch formacji po-sierpniowych. Do rządu PO-PiS-u nie doszło. Nie mniej pierwszy rząd zwycięskiego PiS intensywnie „żerował” na PO-PiS-owskim elektoracie. Premierem został Kazimierz Marcinkiewicz; ludzie z frakcji konserwatywnej PiS objęli stanowiska ministerialne; rzecznicy starego mitu mieli więc coś jeszcze do powiedzenia. Co prawda do koalicji i rządu weszły ekstrema, nadzieja, że to tylko „okres przejściowy” była silna.
Nowy mit
Mit założycielski III RP był już jednak na przegranej. Zwycięska partia wraz z koalicjantami szykowała już nową mitologię. Czy tylko dlatego, że Samoobrona była powszechnie uznawana za neo-PZPR, zaś korzenie LPR wywodziły się z PRON? Ano nie tylko. Prawo i Sprawiedliwość, a właściwie jej liderzy chcieli (musieli?) zbudować swoją siłę na nowym micie założycielskim. Tak doszedł do głosu mit założycielski IV RP, istotna i zamierzona korekta historii. Oto według niej, ci (większość rzecz jasna), co w 1989 roku odzyskali Polską wolność byli z zamiaru (bądź wyboru) wrogami „prawdziwej” niepodległości. W gruncie rzeczy, na kamieniu zdrady, która dokonała się przy „okrągłym stole” zbudowali układ, który był równie anty-narodowy jak PRL. Tyle, że osnuty wokół legendy Solidarności, obudowany pseudo-wartościami i pseudo-liderami, jak Adam Michnik i Lech Wałęsa. Ów mit budował też sferę nowych depozytariuszy sacrum; byli nią dawni działacze PC budujący teraz zrąb prawdziwie wolnej Polski, na czele z przewodnią siłą, za którą miało się PiS. Owa mitologia zbudowała nowe rozgraniczenia pomiędzy dobrem i złem, światem patriotyzmu i anty-wartości, światem prawdziwej Polski i światem „układu”. Jakież było zdziwienie i protest (nie zawsze niemy) byłych bohaterów III RP, że w oficjalnej ideologii Czwartej Rzeczpospolitej wpadli do jednego kotła z Jaruzelskim i Kwaśniewskim (o Tusku Jarosław Kaczyński mówił w kampanii, że nie będzie z nim debatował, tylko z jego szefem – Kwaśniewskim). Czy można mówić o szoku? Pewnie tak, bo większość z nich była jeszcze głęboko stopami w micie założycielskim IV RP. I świecie, który z tego mitu (miał wyrosnąć) wyrósł; Polsce europejskiej, kapitalistycznej, tolerancyjnej, otwartej! I nagle z ewidentną post-komuną w głęboką przepaść potępienia? Rzecz była nie do zaakceptowania, podobnie, jak wielkie zawirowania – nie do uniknięcia.
Prawdziwa śmierć wielkiego mitu
Trudno nie mieć wrażenia, że na fali dominacji wpływów rządzącej do niedawna koalicji słabnący mit założycielski III RP powoli przegrywał z rozkwitającym mitem „Czwartej”. Ważne było, czy w przyspieszonych wyborach 2007 roku, ów konflikt obu mitologii obije się jakimś echem. Ale ani rozum nie znalazł, ani ucho żadnego echa nie wychwyciło. Wybory stały się plebiscytem w sprawie „Czwartej RP” i jej fundatorów. Naród zachciał się wypowiedzieć, czy życzy sobie, izby rządzili nim jedyni strażnicy wartości patriotycznych definiowanych wobec „układu”, albo ci, którzy ów domniemany „układ” tworzą. Okazało się, że strażnicy wartości z halabardnikami w osobach Leppera, Łyżwińskiego, Giertycha i Wierzejskiego są dla ludu mniej wiarygodni, niż wywodzący się z przepastnych nizin profanum IV RP Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka. Wygrali ci ostatni, choć nie należy puszczać mimo uszu, że wyznawców mitu założycielskiego IV RP było w ostatnich wyborach ponad pięć milionów. W trakcie kampanii wyborczej wsłuchiwałem się uważnie w retorykę przyszłych zwycięzców szukając jakiś reminiscencji mitu założycielskiego III RP. Nie dosłuchałem się, nie znalazłem. Platforma tworzyła nową retorykę, budowała nowe hasła, ale uczciwie nie mamiła jakimiś bezpośrednimi nawiązaniami do szerokiej idei solidarnej Polski po-sierpniowej. Dlaczego? Czy tylko dlatego, że nie chciała sugerować potencjalnej koalicji z PiS? Czy też ze względów technicznych, by w ten nie sposób zakłócać czysto plebiscytarnego charakteru wyborów? A może by nie mącić w głowach nowemu pokoleniu swoich wyborców, którzy już ową, ważną w micie założycielskim III RP dystynkcją nie żyją? Nie wiem. Wiem natomiast, że summa summarum wszystko to składa się na prostą prawdę, że ów ważny (gdzież tam ważny, fundamentalny!) dla mojego pokolenia podział na Polskę po-sierpniową i komunistyczną już umarł. Żyjemy w innych czasach, które na nowo definiują linie podziałów. Jak je definiowali Kaczyńscy – już wiemy. Jak je zdefiniuje nowa koalicja, czy zafunduje nam nowy mit, czy odniesie się do któregoś z poprzednich? I do którego? To jedno z ciekawszych pytań nieodległej przyszłości.


Komentarze
Pokaż komentarze (40)