Od wczoraj niekończąca się dyskusja o skandalu medialnym, jakim była pokazana w telewizji szopka z udziałem premiera Tuska w roli głównej, który na oczach telewidzów szukał budżetowych oszczędności. Z braku poważniejszych tematów właśnie w tej sprawie o komentarz poproszono tzw. autorytety, a w ślad za nimi zaczęli wypowiadać się uznający się za autorytety dziennikarze. Generalnie się nie podoba, że taki spektakl miał miejsce. Bowiem… no właśnie, co bowiem? Może rząd powinien, jak większość autorytetów i żurnalistów spakować manele i jechać na długi weekend? A tu ośmiela się ciąć wydatki budżetowe…
Skala bredni wypowiedzianych przy okazji tego tematu jest rozbrajająca. Zaczął profesor Witold Orłowski (ekspert ekonomiczny prezydenta Kwaśniewskiego, którego to stanowiska się dochrapał w wyniku permanentnego lansowania jego osoby w telewizji; przede wszystkim w Polsacie), który powiedział, że cała operacja jest bez sensu, bowiem to niepoważne, żeby tak nagle ciąć wydatki. Najpierw trzeba zrobić audyt, potem coś tam, i coś tam jeszcze… Pan profesor pomylił zbudżetowione resorty ze spółkami… Gdyby w resortach trzeba było robić audyt, by mogła powstać ich mapa finansowa, świadczyłoby to tylko, że rząd nie panuje nie tylko nad budżetami resortów, ale nad całą sferą centralnej administracji.
Rzucone przez Orłowskiego słowo audyt zrobiło medialną karierę. W niedzielę i poniedziałek rano o audycie mówili już wszyscy. O niemożności dokonania cięć w administracji ad hoc – też wszyscy, a na szczyt szczytów wspiął się red. Anatol Arciuch, który wyznał (o ludzka przytomności!), że jak na nasz kraj i sposób jej funkcjonowania, administracja w RP jest jednak za mała… Tak powiedział, nie żartuję.
Tylko kilku przytomniejszych komentatorów wykazało się przy tej okazji lekkim sceptycyzmem i nie zadeklarowało udziału w „audytowym obłędzie”. Nazwisk nie wymienię, by nie narażać ich na dintojrę środowiska. Ale wpisuję się ochoczo w ich grono: prawdą jest, że lepiej gdy rząd od początku realizacji ogłoszonego programu ma konsekwentny i strategiczny plan redukcji wydatków na administrację. Ale jeśli takiego planu nie ma, to w każdym momencie jest sens zastanawiać się w jaki sposób redukować pakowanie publicznych pieniędzy w urzędniczą studnię.
Czy można w prosty sposób znaleźć takie oszczędności? Oczywiście. Nie tylko poprzez redukcję placówek dyplomatycznych i różnorakich agencji w MON. Także poprzez decyzje o zbyciu dziesiątek rządowych nieruchomości, oszczędnościach w rządowych kolumnach transportowych, likwidacji gospodarstw pomocniczych, dotowanych stołówek, etatów sekretarskich etc. Administracja rządowa po państwo w państwie. Należy jej wypowiedzieć wojnę. Dziś nie jutro. I skutecznie. A czy czynić to przed telewizyjnymi kamerami? To już inna sprawa.
I na koniec pytanie do profesora Orłowskiego; czy za sugestią audytów w resortach stoi intencja, by zlecić je firmie PricewaterhouseCoopers?


Komentarze
Pokaż komentarze (36)