Jakby nie wystarczało dowalanie emerytom i rencistom podatkiem abonamentowym, „Dziennik” wymyślił kolejną torturę, którą miałoby być zakazanie przedstawiania w telewizji repertuaru zagranicznego w polskiej wersji językowej. Tradycyjny „dubbing”, bądź tzw. „voice over” (czyli nakładanie polskiego lektora) miałyby być zastąpione oryginalną wersją językową z polskimi napisami. I to w drodze ustawy! Wszystko w imię przymusowej edukacji szerokich mas w dziedzinie języka angielskiego.
Pomysł poroniony i obciążony ciężkim ideologizmem. Bo niby dlaczego cały system komunikacji ma służyć edukacji. Ta ostatnia jest bowiem tylko jednym z kierunków oddziaływania na ludzką umysłowość i psychikę. Człowiek szuka w przekazach również czego innego: informacji, relaksu, rozrywki, sensacji, etc; a więc całej palety czynników budujących różne stany emocjonalne. Ich redukcja do jednego - przymusowej edukacji, prócz tego, że wydaje się pomysłem z ducha nieśmiertelnych nauk Makarenki, nie przyniesie, bo nie może, wymyślonych przez ideologów „Dziennika” skutków.
Nie to, że jest przeciw INTENSYWNEJ EDUKACJI POLAKÓW W JĘZYKU ANGIELSKIM! Pod tym postulatem podpisuję się oboma rękami. Nie mniej – czym innym jest edukacja (tym wszędzie zajmuje się szkoła i korepetytorzy) - czym innym dostępność przekazu medialnego. Telewidz nie musi znać języka angielskiego. Nakazująca stosowanie polskich napisów regulacja ustawowa w sposób elementarny ograniczałaby dostępność treści przekazu dla tych, którzy z różnych przyczyn tego języka nie znają i nigdy nie poznają. Mam tu na myśli głównie ludzi starszych, którym PRL nie dał szansy nauczenia się angielskiego za młodu, a dziś, ze względu na pewne ograniczenia wiekowe (słabszy wzrok, mniejsza koncentracja) nie są w stanie przyswoić tekstu pisanego.
Inną sprawą jest zasadniczy problem techniczny, jaki mają nadawcy z przygotowaniem tekstu pisanego na potrzeby emisji obcojęzycznych filmów i seriali. Dotychczasowa technika wgrywania przygotowanego uprzednio tekstu na taśmę emisyjną jest długotrwała i kosztowna. Żaden nadawca nie jest przygotowany na to technicznie. Co więcej, cyrkulacja taśm emisyjnych na drodze: dystrybutor – nadawca – obróbka tekstowa uległaby takiemu wyhamowaniu, że groziłaby ciągłości procesów emisyjnych. Zastosowanie innych technik, takich, jak choćby podawanie równoległego do emisji tekst on-line, nigdzie na świecie nie jest jeszcze ani rutynowo stosowane, ani dostatecznie przetestowane. Prócz aspektów technicznych, ważne są również ekonomiczne. Przygotowanie wersji językowej w wersji tekstu pisanego jest znacznie bardziej kosztowne, niż lektor. Na taki wysiłek stać byłoby pewnie tylko wielkich nadawców. Mniejsi nie mieliby szans na poradzenie sobie z tym problemem.
Zastanawiam się skąd ten pomysł? Czy jest to wzorzec ze świata? Otóż prawdą jest, że w kilku krajach na świecie taką technikę się stosuje. Z tą jednak – wobec przypadku Polski – różnicą, że są to kraje zarówno o długoletniej tradycji edukacyjnej języka angielskiego, jak i z wyjątkowo wysokim wskaźnikiem znajomości tego języka w szerokim kręgu pełnej populacji telewidzów. W nie-anglojęzycznych krajach z największymi rynkami telewizyjnymi tzw. subtitles (czyli wgrany tekst w języku narodowym) stosuje się incydentalnie. W Rosji, Niemczech, Francji – króluje kompletnie już zacierający oryginalny tekst angielski – dubbing.
Czy dubbing jest lepszy od tekstu lektorskiego? To przedmiot niekończących się sporów w branży. Polacy, w przeciwieństwie do Niemców i Rosjan, tradycyjnie wybierają tańszą, mniej ingerującą w oryginalną ścieżkę audio i mniej irytującą technikę wgrywania lektora.
Czy pomysł walki z polskim lektorem potępiam w czambuł? Tak, o ile szuka się tu wobec nadawców rozwiązań siłowych. Jestem za to w pełni za dobrowolnością. Nadawcy zresztą w Polsce stosują czasem technikę subtitles. Zgadza się, że były to dotąd sytuacje wyjątkowe. Pamiętam, że Polsat robił to w przypadku filmów muzycznych (np. ‘Jesus Christ Superstar’). W ramach kanałów tematycznych powinno to być robione częściej i na coraz szerszym polu. Stosowanie tej techniki w telewizjach szerokiego zasięgu obarczone jest większym ryzykiem wiążącym się z radykalnym zawężeniem pola odbiorcy. Ale jeśli kto chce, to czemu nie?
I ostatnia refleksja na koniec. Kto z poważnym doświadczeniem edukacyjnym potwierdzi, że emisja filmu z oryginalną ścieżką dźwiękową i polskim tłumaczeniem w tekście pisanym rzeczywiście może służyć intensywnej edukacji? Ja nie znam takich opinii. To, co może być techniką edukacyjną PODCZAS KURSU JĘZYKOWEGO niekoniecznie może się sprawdzić w nadawanej na żywo telewizji. Zarówno ze względu na częsty brak umiejętności dzielenia uwagi przez telewidza, jak i normalną w telewizji niesynchroniczność przekazu (kino z mniejszą ilością dialogu lepiej sobie radzi z subtitles, niż taka na przykład - telenowela). Tyle – pokrótce – na ten temat. Nie wszystkie to oczywiście argumenty, ale – moim zdaniem – najważniejsze.
Hold on! – zatem koledzy z „Dziennika”. Bez ortodoksji. Bo chcąc ludzkość na siłę uszczęśliwiać, często się jej szkodzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (71)