„Śpiewano wtedy: „Kapral padł na trzecim torze i pociągu nie doczekał”. Wiedzą państwo, że jak patrzę na nasze PKP, to myślę, że ten kapral to leży tam do tej pory? W ogóle całe PKP działa pod hasłem: „Podróżny wsiadający do pociągu jest własnością spółki”
„Przeżyłem panie hrabio” K. Daukszewicz
Cytat z pamięci
Połowę mojego niezbyt jeszcze długiego życia spędzam korzystając z kolei. W podstawówce dojeżdżałem do szkoły muzycznej, potem do liceum, a za czasów studenckich i post studenckich często jeżdżę czy z młodzieżą czy samodzielnie – zawsze PKP. Nauczyłem się żyć z różnymi dziwadłami, które wytworzyła sobie ta firma. Spóźnienia, to przecież część jestestwa polskich kolei państwowych. Jednak z roku na rok jakość usług wzrastała, opóźnienia się zmniejszały, wagony i przedziały stawały się czystsze. Zwłaszcza od momentu podziału molocha na różne spółki. Szybko doszedłem do wniosku, że korzystanie z „Przewozów regionalnych” to błąd, bo pociągi spółki „Intercity” są o wiele wyższej klasy a TLK droższe jest od „pośpiechów” ledwie kilka złotych. Ostatnie wakacje spędziłem niemal ciągle w podróży, gdyż dorabiałem przewożeniem dzieci z i na kolonie oraz obozy. Spóźnienia niewielkie, dojazd sprawny i wygodny – nic tylko korzystać. Zwłaszcza, że uruchomiono sprzedaż biletów przez Internet. Pod koniec wakacji w ogóle nie zjawiałem już się przy kasach i rozkładach – wszystko załatwiałem elektronicznie i cieszyłem się, że jesteśmy jako Polska trochę bliżej Europy. W te święta zawiodłem się jednak srogo.
Jadąc do rodziny kupiłem bilet w obie strony. Ten powrotny, w pociągu klasy TLK miał odjeżdżać drugiego dnia świąt o 19:32. Na bilecie wydrukowanym w domu była notka, że godzina odjazdu może uledź zmianie. Na godzinkę przed odjazdem również poprzez Internet sprawdziłem godzinę odjazdu – 19:32. Zebrałem się z narzeczoną i poszliśmy na stację. Zimno, wietrznie, żadnego schronienia – standard polskich dworców. Gdy pociąg nie przyjechał, a nic nie powiedziano – staliśmy dalej. Budynek stacji był przynajmniej 5 minut marszu z tobołkami, a w między czasie mógł przecież pociąg przyjechać. Marźliśmy tak łącznie 40 minut – do godziny 20:00. Dopiero wtedy podano, że będzie opóźniony o 60 minut i że planowa godzina odjazdu to … 20:00. Tyle, że nie wiedział o tym NIKT z pasażerów. Chyba powinniśmy być wdzięczni, że przesunięto go o 30 minut później, a nie na wcześniej. Na rozkładzie jazdy w budynku stacji była oczywiście 20:00 i informacja, że rozkład obowiązuje od 14 grudnia. W Internecie była identyczna data. Tyle, że pasażerowie, którzy kupili bilet dzień przed światami w tej właśnie stacji mieli podaną 19:32 … Szans na złożenie reklamacji oczywiście na dworcu nie było – informacja nieczynna, a pani w kasie jest nie od tego. Po 60 minutach, gdy wszyscy wyszli już na perony i miał przyjechać pociąg – ogłoszono kolejne 30 minut. Nie wierzę, że nie wiedziano o tym wcześniej. Dlaczego więc tłum pasażerów musiał brnąć w mrozie najpierw na peron, potem postać chwilę, a następnie wracać? Ostatecznie pociąg przyjechał z opóźnieniem 90 minut do rozkładu (czyli jak dla mnie 120 minut). A u celu był pełne dwie godziny później. Autobusy dzienne zakończyły już kursowanie. Wynik – 25 pln na taksówkę.
Od kilku lat byłem gotów iść o zakład, że słowa z monologu Daukszewicza straciły już swoją prawdziwość. Okazuje się jednak, że nie. Testem dla PKP Intercity będzie odpowiedź na moją skargę. Zobaczymy, czy firma choćby PRowo dba o klienta. Bo, że w rzeczywistości ma go w głębokim poważaniu, przekonałem już się na własnej skórze.
Inne tematy w dziale Rozmaitości