Nie, to nie ja wpadłem na pomysł takiego połączenia. Najwyraźniej sformułował je recenzent „Przekroju”, parafrazując jeden z arcypolskich cytatów: Miałeś, Ridleyu, złoty łuk. Być może nadmiernie dowartościowuję tytuł, doszukując się czegoś więcej pod przedowcipnym skojarzeniem róg – łuk.
Autor schlastał film Scotta z różnych stron. Tyle, że miarki przyłożył nieadekwatne. Raz kwestionuje historię, choć Robin Hood filmem historycznym nie jest. Jednak potraktowanie legendy też odrzuca – powinna to być adaptacja Wesołych przygód Robin Hoodaalbo coś zbliżonego do radzieckich Strzał Robin Hooda, o których recenzent zachował miłe wspomnienie. Gdyby Scott zrealizował czystą a poprawną rozrywkę, koniecznie z absurdalnym Saracenem w drużynie Robina, mógłby liczyć na przychylność. Ale nic z tego.
Każdy, kto interesuje się kinem, widział zapewne jakiś film Ridleya Scotta. Dla sporej części publiczności to doświadczenie przełożyło się na chęć poznania całej jego twórczości. O rozczarowanie w tym wypadku trudno, bo w bogatym dorobku Scotta nie ma całkiem słabego filmu. Od olśniewającego debiutu (Pojedynek; 1977) kształtował własny styl; także jako producent firmował oryginalne przedsięwzięcia (m.in. Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda). Nawet ci, którym nie odpowiadałoby żadne dzieło autora Łowcy androidów nie mogą zakwestionować jego najwyższej klasy profesjonalizmu.
Niektóre dokonania Scotta stawały się wielkimi przebojami, inne nie. Od większości „megahitów” odróżniała je istotna cecha. Przeważnie przewyższały je jakością wszystkich elementów filmowego rzemiosła, a nie ustępując im atrakcyjnością, zawsze zawierały treści dające materiał do refleksji. I to już w przeciwieństwie do większości hitów.
Nie inaczej jest z najnowszym filmem Scotta. Czy ktoś zaliczy Robina do dzieł bardziej czy mniej ulubionych, to już jego sprawa. Niezależnie od upodobań film mieści się pośród najlepszych dokonań reżysera. Przypuszczony nań gwałtowny atak zdaje się mieć inne przyczyny niż udawany żal, że tematem filmu nie są dzieje wesołej gromadki z Sherwood.
Przybliża je nieco recenzent internetowy. [Robin] jest „... studium tego, co sprawia, że człowiek staje się mitem, oraz ceny, jaką za to płaci. U Scotta ojcem mitu jest bohaterstwo, a matką zdrada. (...) Jest więc bohater mimo woli, którego wyróżnia silny charakter, odmowa ugięcia się pod naporem okoliczności oraz bronienie za wszelką cenę honoru i swej osobistej wolności. Jest też i system, przedstawiciele władzy, którzy choć zyskują na działaniach bohatera (w teorii powinni stać po tej samej stronie, a w rzeczywistości służą wyłącznie swoim własnym interesom), w nosie mają szerzej pojmowaną sprawiedliwość. Z tego starcia wyniknąć może tylko gorzki koniec, który nawet największy triumf zabarwia na czarno”.
Prawie ze wszystkim wypada się zgodzić. Zdumiewa tylko, że charakterystyczne dla wielu wybitnych twórców stałe motywy określane są tu inaczej. „...to te same co zawsze obsesje Scotta, tyle że przyobleczone w inne kostiumy. (http://www.filmweb.pl ; Obsesje Scotta). Wyraz nie jest obojętny znaczeniowo, i do wyliczonych motywów pasuje średnio, więc brzmi to trochę jak „demony patriotyzmu”. No i właściwie jesteśmy w domu.
Robin Hoodnajwyraźniej sprawia różnego rodzaju kłopoty. Także szacowni dyskutanci Trzeciego punktu widzenia nie mogą sobie poradzić z ojcem Robina, „który był podobno kamieniarzem i filozofem” i „napisał Magna Carta przed Magna Carta”. To akurat nie powinno dziwić, skoro ustalili, że film opowiada o micie założycielskim. We wszystkich mitach tego typu występuje taka postać. Ale może i Piasta kołodzieja przyjdzie zweryfikować, jeśli bez tytułu profesorskiego nikomu nie wolno być mądrym.
Mnie za to dziwi zarzucenie „wątku polskiego”. Przecież interesujący byłby pod tym względem np. napis na rękojeści miecza, przywoływany w filmie kilkakrotnie. Obojętne, czy doszukiwać się wpływu Andrzeja Krauzego (publikującego rysunki także w Anglii), czy odniesienia do polskiej historii (liczba powstań). Czyżby wezwanie „Powstańcie, jeszcze raz, i jeszcze raz, aż owieczki staną się lwami” zabrzmiało nazbyt poważnie i współcześnie?



Komentarze
Pokaż komentarze