Film Wszystko, co kocham (WCK) miał polską premierę niemal pół roku temu, ale na początku lipca dostał nagrodę za scenariusz na Brussels Film Festival, to mi się przypomniał.
Po Tulipanach można było oczekiwać następnego dzieła Borcucha ze swego rodzaju napięciem. Bowiem nieodparte wrażenie, że zrealizowanie czegoś bardziej dennego jest fizycznie niemożliwe, stopniowo zastępuje wynikająca z doświadczenia refleksja, iż dno zawsze może być jeszcze niżej. Pod tym względem WCK przynosi niespodziankę – jednak przypomina coś, co zwykło nazywać się filmem. Z tego z kolei powodu jest gorszy od poprzedniego, to znaczy większą wyrządza szkodę.
Tulipany były bzdurą, zawieszoną w kompletnej próżni – o tyle mniej groźną. Brak intrygi, w ogóle brak czegokolwiek uzasadniany był „nastrojem, dyskretnym humorem, kreacjami aktorskimi”. Uzasadniany (z jakimiś jeszcze dodatkami) w zapowiedziach i recenzjach, bo obecność tych akurat elementów w filmie oscylowała w pobliżu zera. Nie 0 – to byłby komplement. Zera bezwzględnego (−273,15).
Do wypowiedzi towarzyszących WCK warto sięgnąć nie tylko po to, aby i tym razem wyjaśniono nam, o co chodzi. Każde dzieło należy oceniać w stosunku do zamierzeń, a nie wedle swego widzimisię czy wyimaginowanych wzorów.
Oto fragmenty rozmowy z twórcą.
„Punk umarł? Być może, choć pewna rebeliancka postawa wciąż żyje. I są ludzie, którzy myślą i tworzą nie kalkulując – są szczerzy i bezkompromisowi. Przedstawiamy wam jednego z nich. Jacek Borcuch, reżyser, idealista, wampir.
Anna Serdiukow: Skąd pomysł na przedstawioną w filmie historię. Solidarność, 1981 rok, dzieciaki, pierwsza miłość…
Jacek Borcuch: To historia mnie znalazła. Choć najpierw znalazła mnie muzyka. (...) Ta historia jest prawdziwa w ponad 80 procentach. Janek to jestem ja. (...) To jest biograficzna historia. Ja ją troszeczkę przesunąłem w czasie, bo ja miałem wówczas, w 1981 roku, jakieś 11, 12 lat. A chłopcy mają po siedemnaście. (...)
Była sąsiadka?
Była sąsiadka. Piękny motyw miłosny. (...) Ja nie jestem oryginalny w tym – była pani Robinson, później Malena. (...) Na moim podwórku polityki nie było. Ona jest w tym filmie, tylko dlatego, że być musi. To były takie czasy, w domach ludzie rozmawiali o takich rzeczach, w telewizji mówiono o strajkach, jak wprowadzono stan wojenny to nie mogliśmy grać, a moja dziewczyna musiała z rodzicami emigrować. Siłą rzeczy ta polityka się wdzierała, ale mieliśmy ją głęboko w dupie. (...) W czasie II wojny światowej ulubioną zabawą dzieci była zabawa w wojnę. Jedni grali Polaków, inni Niemców, znajdowali jakieś karabiny, kaski. Dzieci nie rozumieją rzeczywistości, dla nich najważniejsza jest miłość, muzyka, książki, marzenia, zdobywanie świata”.
Pomijając oczywiste brednie, wewnętrzna sprzeczność tych deklaracja przyniosła nieunikniony efekt. Film jest kłamstwem w 100%. Nie mówi nic ani o dzieciństwie, ani o młodości, ani o dojrzewaniu, które jest procesem ku czemuś. Buntu – w ogóle zresztą żadnego konfliktu – nie ma nawet w postaci śladowej. Polityki, ówczesnej rzeczywistości – również. Ani historii. I może przede wszystkim – muzyki.
Pomysł faktycznie byłby świetny. Punkiem nigdy nie byłem, co nie przeszkadza mi uważać, że to chyba najważniejszy i najbardziej autentyczny nurt w polskiej kulturze popularnej. Oczywiście, jak większość, przeniesiony z zewnątrz. Ale rzecz nie tylko w tym, że niemal na bieżąco. Idealnie wpasował się – właśnie ze swoim wszechogarniającym buntem i nieskomplikowaną oceną „naokoło wszystko syf” – w świat PRL-u. Bardzo szybko zyskał własny wymiar, sprzężony z protestem politycznym. Jego dokonania można do dziś porównywać z innymi tego typu we wszystkich częściach świata. Bez wstydu. Przeciwnie, wielokrotnie z satysfakcją. Do tego można dodać prace „nowych dzikich” w plastyce czy graffiti (nie tylko polityczne) na murach.
Wystarczyłoby pójść tropem piosenek tamtego czasu, by stworzyć fascynujący obraz. Podebrać z nich motywy, rozwinąć w scenki. Wypełnić nimi (w oryginalnych wykonaniach) cały film. Tej szansy żal najbardziej; ich energii, sprzeciwu, „brudu”. Kilka fragmencików pojawia się w ścieżce dźwiękowej; działają jak łyk świeżego powietrza i jedynie obnażają plastikową nicość całej reszty.
Tak więc w najważniejszych momentach (przepraszam: w momentach, które mają być ważne) i większości pozostałych scen towarzyszy bohaterowi smętne plumkanie na klawiszach. To tylko jeden z najbardziej charakterystycznych przejawów tej filmowej grafomanii – nieprzystawalność użytych środków do teoretycznie zamierzonego celu. Ba, ale trzeba by mieć jakiś cel. Znaleźć dla jego realizacji własny język – gdybyśmy mieli traktować utwór w kategoriach sztuki. Albo bez „wyższych ambicji” opowiedzieć sprawnie jakąś historię – sensacyjną, miłosną. Jakąkolwiek. To jednak trzeba umieć. Przydałaby się też odrobina talentu.
Bez tego powstaje wzorcowy kicz – WSZYSTKIE środki stosowane przez Borcucha oglądaliśmy już setki razy. Dobra, niechby i użył zgranych dawno motywów, osadzając je w odmiennej od poprzedników rzeczywistości. No, wtedy musiałby ją odtworzyć. Dobra, niechby lekceważył rzeczywistość – wtedy musiałby oddać „subtelności”. I koło się zamyka.
Borcuch wie, jaka była ulubiona zabawa dzieci podczas II wojny światowej. Zapewne w ogóle WIE wszystko. Tylko żadnych wniosków wyciągać nie umie. Nie w tym kłopot, że pani Robinson już była. Wiedziała, do czego jej potrzebny młodszy partner. Powielanie po innych nie byłoby jeszcze najgorsze. Bezmyślna próba „twórczej” odmiany przynosi klęskę. Borcuchowi udało się zrobić prawdopodobnie najgłupszą scenę erotyczną w dziejach kina (no, może nie licząc niemieckich pornoli). Ale nawet dzięki temu osiągnięciu nie zajmie nigdy miejsca Eda Wooda. Dokonania „najgorszego reżysera świata” miały urok bezpretensjonalności, coś autentycznego. To coś własnego może być w ostateczności głupie, nieudolne itd. Ale Borcuch poza fałszem nie wnosi od siebie nic.
Trzeba przyznać, że ów erudyta czerpie z szeroko pojętej tradycji. Większość zdarzeń poznajemy nie poprzez ich ukazanie, lecz w słownej relacji. To fenomenalnie atrakcyjne rozwiązanie w starogreckim teatrze uzasadniano jednością miejsca akcji. Ale prawdziwą przyczyną posługiwania się posłańcami był mizerny stan ówczesnej kinematografii.
Borcuch sięga również do współczesnej awangardy. Poza scenami, gdy bohater „myśli” lub „przeżywa”, co oddają dłuuuuuuuuugie ujęcia fal morza, bohater biega.
To jedno z ostatnich odkryć szkoły mistrzów polskiej kinematografii. Nie tylko, że kino to ruch, ale że im więcej bez sensu i celu bohater biega, tym film głębszy filozoficznie i psychologicznie. Toteż WCK jest dziełem mniej głębokim niż Sztuczki, gdzie bohater biega więcej i dłużej. Licząc z grubsza, bo nie wprowadzono jeszcze – jak podczas meczów piłkarskich – komputerowych danych, ile kto przebiegł. Oczywiście, np. film Wszystko będzie dobrze, w którym bieg bohatera jest sensownie wpisany w strukturę, nie podpada pod tę kategorię, ergo nie jest dziełem głębokim. (Zresztą jest bardzo dobrze zrobiony, a głębia ma przecież zastępować podstawowe umiejętności warsztatowe).
WCK jest filmem rodzinnym. Nie w znaczeniu gatunkowym, ale realizacyjnym. Na ekranie jest obecna (terminy „gra”, „prezentuje urodę, wdzięk” itp. byłyby poważnym nadużyciem) córka znanego aktora. Autorem – nie wiem, jak to nazwać, posłużę się określeniem z czołówki – „muzyki” jest brat scenarzysty/reżysera. Powiązań jest więcej, ale zostawmy. Zapewniły świetne samopoczucie ekipie, nie widzom.
Niewykluczone, że to jeden z powodów, dla których nie jestem w stanie przeniknąć subtelności tego dzieła. Prawdopodobnie jest skierowane do widzów, którym sprawia kłopot przeczytanie wielu słów w krótkim czasie. Na plakacie jest mnóstwo słów, więc ta część publiczności, zwiedziona pseudonimem „kompozytora” (Daniel Bloom) mogła pognać do kina w przekonaniu, że obejrzy Orlando Blooma. A może skusi ich ogromna popularność tego „muzyka”, który ma już swój dzień, i to gdzie – w Irlandii! W Dublinie, znaczy. W czerwcu.
Z młodych aktorów da się zapamiętać kolegę Janka z zespołu – ma coś charakterystycznego w twarzy, gestach. Czy lepiej wypadłby jako główny bohater? Raczej tak, bo samemu Jankowi więcej życia i ekspresji zapewniłaby dowolna postać przeniesiona wprost z muzeum figur woskowych.
Aktorzy ze świata dorosłych wypadają przyzwoicie. Tyle, że to nie o nich miał być ten film. Andrzej Chyra wykroczył nieco poza zestaw znany z Długu, co rzadko mu się zdarza. Sekwencja wizyty u jego umierającej matki należy zresztą do najlepszych w filmie. Mogłaby przynieść np. pogodzenie z synem – gdyby wcześniej wystąpił jakiś konflikt. Aliści nie ma żadnego. Na jakiejkolwiek płaszczyźnie, na dowolnym poziomie.
Janek w ogóle jest grzecznym chłopczykiem. Problemów z nauką nie ma, w domu chyba też pomaga, bo nikt go do roboty nie goni; poza udzielaniem się w kapeli, gapieniem na morze, bieganiem lub wyczekiwaniem na pojawienie się sąsiadki ma mnóstwo wolnego czasu. Być może grywa w hokeja, bo kij hokejowy odgrywa główną rolę w finałowej scenie. Choć to sport raczej niewskazany dla dobrze zapowiadającego się pianisty.
No właśnie. Żeby tak wymiatać Bacha, jak czyni to Janek, trzeba solidnie ćwiczyć po kilka godzin dziennie. Nie domagam się, aby w takie sceny obfitował film. Dziwi po prostu, że w domu nie ma instrumentu. Albo stołu z namalowaną klawiaturą, jak w powieści Gösta Berling, co dodatkowo sugerowałoby problemy finansowe rodziców lub upierdliwych sąsiadów. Czegokolwiek, co sugerowałoby cokolwiek.
Nie czepiam się szczegółów, bo w filmie ich nie ma. Nie dowiemy się więc, skąd chłopaki czerpią prąd, żeby szyć na gitarach w malowniczym wagonie w plenerze. Zapewne usłużnie doprowadziła tam zasilanie władza ludowa. Bo wedle WCK wszystko wtedy wyglądało ślicznie. PRL, zwłaszcza w stanie wojennym był oazą wolności – nawet punka można było grać w szkole, w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie bili afroamerykanów. I grałoby się regularnie, gdyby nie pewien zazdrosny o żonę oficer Marynarki (Marek Kalita).
Z popłuczyn składających się na WCK najmocniej nasuwającym się skojarzeniem jest Yesterday. Z zastrzeżeniem, że jak w przypadku innych porównań, należy z góry przeprosić twórców dzieł źródłowych z a samo zestawienie. Radosław Piwowarski od Jana Serce po Marcowe migdały konsekwentnie rozwijał swój język filmowy, świadomie sentymentalny. Temat dorastania i buntu połączonego z muzyką, klarownie poprowadzony przez wiele wątków, z dbałością o drobiazgi, wypełnił Yesterday. Minęło ponad ćwierć wieku od tamtej realizacji, ograniczanej cenzurą, a tymczasem temperatura filmu Piwowarskiego i ukazany w nim bunt mają się do WCK jak najostrzejszy punk do lirycznych piosenek disco polo.
Czy te czy inne walory sprawiły jednak, że Borcuch został nagrodzony w Brukseli. Należy to uznać za wspaniały wkład w postępowe idee. Już nie w zbliżone do ustalania krzywizny ogórka (zadziwiające, jak te wielkie idee szybko się dezaktualizują). Może podobne do zaliczenia ślimaka do ryb lądowych? Ktoś nam to niedługo wyjaśni.
A, zaraz. Tytuł notki odnosi się do filmu (jak pojawiająca się w nim wyrafinowana aluzja do znanego dramatu Roman i Julia). W zasadzie wystarczyło dodać, że nie lubię być traktowany jak idiota. Użyłem sformułowania „prawie wszystko”, więc coś powinno mi się spodobać. Owszem. Na napisach końcowych (ulga, że to już koniec, nie ma akurat znaczenia) leci piosenka Dezertera Ku przyszłości (w oryginalnym wykonaniu). I to już naprawdę wszystko.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)