2
Tym razem, jak sądził Mały Joe, sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Choć zgromadził sporo atutów, nie dawał się ponieść entuzjazmowi. Zbyt wiele razy poczuł chłód stali przenikającej ciało i nie zamierzał popełniać głupawych błędów. Dane mu było oglądać, jak Suchy rozprawił się z nasłaną przez Tłustego Kazia bandą, toteż – choć jemu samemu udało się szczęśliwie wycofać z tej przykrej imprezy – zmarnowanie tego doświadczenia uczyniłoby z niego we własnych oczach idiotę. Mały Joe nie tylko nauczył się nie przeceniać swoich możliwości (wcale niezłych, gdyby w grę wchodził inny przeciwnik); odkrył, że większość z tych, którzy nacięli się na Suchym, traktowała go jak wariata, a po zweryfikowaniu tych poglądów nie byli w stanie podzielić się uzyskaną wiedzą z pozostałymi przy życiu. Joe poświęcił mnóstwo czasu na obmyślenie chytrego planu i narastała w nim pewność, iż czasu tego nie zmarnował.
Sam Joe był w niezłej formie i mógł chodzić środkiem chodnika po każdej ulicy. Oczywiście wtedy, gdy Suchy przebywał nad zupełnie inną, odległą rzeką, gdzie wszelkie piękne tradycje splugawiono, gdzie prawdopodobieństwo, że ktoś dysponujący resztkami mózgu otumanionego kwaśnym winem porwie się na stworzenie dowcipu było nader mizerne, gdzie zresztą nie znano suchego chleba, a udające pieczywo długie bułki trzymano w lodówkach. W sferze odwagi, przestrzegania zasad czy wierności tradycji wyznaczającej niewidzialne, ale żelazne granice Dzielnicy, tamta rzeczywistość miała się do tutejszej jak Pétain do Pattona. Mały Joe nie liczył (i słusznie, bo nie było ku temu przesłanek), że Suchy w najmniejszym stopniu przejmie choć odrobinę tamtejszych obyczajów. Tu i teraz, teraz albo nigdy – nic poza tym nie miało znaczenia.
Joe zebrał i natchnął optymizmem kilku asiorów, których był pewny (bez przesady), choćby dlatego, że sami mieli od dawna smak na Suchego, a on sprawił jedynie, że wymarzona potrawa przestała pachnieć wyłącznie końcową spalenizną. Z każdym deklarowanym akcesem fantastyczna mrzonka przekształcała się w coraz bardziej realną szansę. Któż lepiej miałby ją wykorzystać?
Miał więc Joe u swego boku potężną gromadkę. Hrabiego, pracującego wyłącznie brzytwą, ale za to po mistrzowsku. Rudego Zdzicha, speca od zabawek, operującego z fantastyczną sprawnością żyletkami. Głuchego Leona, którego niewinny wygląd zwiódł niejednego, dopóki delikwent nie zetknął się używanym przez niego lancetem. Tomcia zwanego Bydlakiem, zbyt ograniczonego, by odczuwać strach, a potrafiącego uderzeniem głowy niweczyć trud służb miejskich, ustawiających ławki na Plantach. I kilku innych jeszcze zakapiorów, o których przyjdzie wspomnieć w toku opowieści, acz z pominięciem nazbyt drastycznych szczegółów. Było trochę przeznaczonych na przemiał osiłków, którzy pozbawieni możliwości pakowania po upływie doby wgryzali się w przejeżdżające ciężarówki. (Joe przezornie ukrywał klucz od siłowni już od środy). Było paru wytrawnych majchrowników, mających co prawda najlepsze lata za sobą, ale fakt, że jeszcze funkcjonowali, nie świadczył o nich najgorzej. I tłum zapaleńców – łapiąca się na każdą okazję hałastra, w której nie pokładał wielkich nadziei, jednak wszyscy mogli okazać się przydatni, gdyby początek był pomyślny i napełnił ich otuchą. Tak, strasznie dużo zależało od „debiutu”, jak mawiał Wojtek Szachista, kiwający się całymi dniami przy kamiennym stoliczku nad Rzeką.
Mały Joe prowadził przygotowania z przesadną, zdaniem napalonych młodziaków, dokładnością. Jeden z nich pozwolił sobie nawet na żartobliwe powątpiewanie w odwagę uczestników przyszłego starcia, co pozostało jedyną jego uwagą na ten i na jakikolwiek inny temat. Jako się rzekło, nikt w dzielnicy – poza Suchym, rzecz jasna – nie powinien chodzić tą samą stroną ulicy, co Joe.
241
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze