5
Być może kontynuowanie tych głębokich refleksji doprowadziłoby go do kolejnej zmiany poglądów, ale czas ich snucia był ograniczony. Zresztą, w ślad za zupełnie już nieistotnymi intrygami i strategiami, pretensjami i ambicjami, traciły wagę wobec zbliżającego się z prędkością stu kilometrów na godzinę rozstrzygnięcia.
Na razie, dla czekających pod murem, sekundy wydłużały się w niepojęty sposób; niektórzy konstatowali ze zdziwieniem, że stanęło im serce – czas pomiędzy kolejnymi uderzeniami tętna zdawał się nieskończonością. Napięcie, niczym efekt potężnego skręta, wyolbrzymiało wszelkie wrażenia. Słabe szmery docierały do nich z wyrazistością, jaką mógłby zapewnić w innych warunkach jedynie przystawiony do źródła dźwięków niezawodny Shure Suchego, co niemal materializowało postać jego samego, jeszcze przed pojawieniem.
Wsłuchiwali się w trzask łamanej zapałki, szum dymu wciąganego do płuc, zgrzyt odległego tramwaju, znany, a przecież równie teraz obcy i pochodzący z innego świata, co dobiegający zaledwie z trzeciego piętra najbliższego budynku odgłos telewizora, włączonego jak zwykle non stop w mieszkaniu Wicia Pacykarza. Pozostałe domy wessała cisza i widzowie zapełniający oczodoły okien przypominali raczej tandetny fresk niż żywe audytorium, chociaż – jak każda znająca się na rzeczy i dobrze wychowana widownia – aktywnie wykorzystywali ów (zawsze kłopotliwy) moment „strojenia instrumentów” na odkasływanie na zapas, chrząkanie, spluwanie itp., aby później nie zakłócać sobie i sąsiadom odbioru, a solistom występu.
cdn.



Komentarze
Pokaż komentarze