bren bren
213
BLOG

Mokra sobota odc. 5

bren bren Kultura Obserwuj notkę 0

6
Jak motyw wprowadzany przez sekcję dętą w 39. takcie 3. części I Symfonii Gustawa Mahlera likwiduje delikatne brzęczenie wiolonczeli, jak seta spirytusu podstawiona przez złośliwego dowcipnisia komuś spodziewającemu się normalnej gorzały parzy nieprzygotowane gardło, jak ostry riff zmiata chrapliwego bluesa w Ramble on na „Led Zeppelin II”, tak przyspieszone oddechy zagłuszył narastający ryk motoru. Nie był to jednak charakterystyczny gang odpadającej (i jak utrzymywali niektórzy, dziurawionej celowo) rury wydechowej samochodu Suchego. Niniejszym objawiała się pierwsza, acz nieostatnia niespodzianka, z jaką mieli się zetknąć uczestnicy i obserwatorzy pamiętnych wydarzeń.
 Nikt wtedy nie domyślał się splotu okoliczności, jaki poprzedził pojawienie się Suchego w miejscu – dla tkwiących w nim – odizolowanym od reszty wszechświata. Wrażenie wyodrębnienia zanikło z pierwszym usłyszanym warkotem silnika, poczucie czasu wróciło do normy, a nawet ją przekroczyło: pędzące sekundy nie pozwalały analizować natłoku doznań słuchowych i wzrokowych.
 Niby dźgnięci w tyłek niewidzialnym szydłem, stojący pod murem poderwali się i opuszczając wyznaczone stanowiska zbliżyli do siebie, poddając się prymitywnemu instynktowi. Kłąb namacalnej wspólnoty mamił ułudą mocy, która zdoła ich utrzymać na tym miejscu wbrew połączonym siłom zdrowego rozsądku i podstawowemu pragnieniu zachowania życia, każącym oddalić się stąd niezwłocznie. „Błąd” – syknął Joe, co świadczyło zarówno o sprawnie funkcjonującym procesie myślowym, jak i trafnej diagnozie. Nie na wiele się to zdało. Tylko niektórzy odstąpili parę kroków, pokonując obawę przed uruchomieniem nóg i niezależną od woli kontynuacją tego manewru z jednostajnym przyspieszeniem, byle dalej, byle...
 Rzężenie przymkniętej przepustnicy dotarło od strony Placu, a zaraz potem zza rogu wypadł Suchy. Znalazłszy się na prostej, stawiał chwilami motocykl na tylnym kole; raczej dla szpanu niż zwiększenia prędkości. Grzał wprost na nich, lecz Mały Joe stał spokojnie. Czuł za plecami mur. Nawet Suchy nie zaryzykuje raptownego wytracenia szybkości, nieuniknionego w zetknięciu z potężną ścianą. Bynajmniej nie ze względu na jej wartość zabytkową. Okropny huk rozsadzał zaułek. Suchy wysprzęglił, rozpędzony motor wył na najwyższych obrotach; Joe zauważył kątem oka czyjeś szeroko rozwarte usta, ale nie słyszał krzyku, jak i własnego głosu: – Jeżeli minie Szklarza, będzie za późno na cokolwiek.
 Wtem poraziło go przypuszczenie, że uprzednie defetystyczne wieści były fałszywe, że skazane na zagładę grupki zrealizowały plan (choć nikt tego w istocie nie oczekiwał), być może z nawiązką. Dorwali Czarannę? A nawet psa? I oszalały z rozpaczy Suchy pędzi, by roztrzaskać SIEBIE, a ich – jedynie przy okazji?

cdn.
 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura