8
Choćby Mały Joe znał te fakty, i tak nie zajmowałby się ich rozważaniem, patrząc, jak Suchy zarzucił motocykl i sunął bokiem, leżąc prawie, a wreszcie odepchnął kierownicę i wyskoczył w przeciwną stronę. Puszczona wolno maszyna gnała dalej, z budzącym dreszczyk chrzęstem blachy trącej o beton.
Teraz zemściło się nierozważne zbicie w kupę; rozpaczliwe przepychanki niektórym utorowały drogę ucieczki, a pozostałym przypadła rola kukurydzy koszonej tępym narzędziem. Przez zamierający łoskot silnika coraz wyraźniej dochodził trzask łamanych kości. Wszystkim się zdawało, że upiorny wehikuł ciągnący za sobą smugę wyprutych z kogoś wnętrzności roztrzaska się w końcu o mur. A odbił się dość miękko, opadł na bruk, jęknął i zawirował kilka razy zanim znieruchomiał ostatecznie dokładnie naprzeciw Ślepego Olka, spoglądającego swym jedynym okiem na żółtawą kość wysuwającą się z rozdartej nogawki jego spodni.
Zanim ktokolwiek drgnął, Suchy poderwał się do pionu. Wyglądał strasznie. Ukochana czerwona koszula, teraz rozerwana na całej długości, przypominała pelerynkę. Jedna nogawka dżinsów w niepojęty sposób utrzymywała się na biodrach, Z drugiej pozostały strzępy, odsłaniające kształtną, gładko wygoloną nogę. (W krajach obfitujących w rowerzystów obyczaj ten nigdy nie wywoływał zdziwienia. Suchy był jednak naówczas narażony na głupawe komentarze dotyczące jego preferencji seksualnych. Niektórzy posuwali się do twierdzenia, że najprawdopodobniej posuwa swego psa. Nie słyszano wszakże, by ktoś szerzej rozwijał te teorie). Grudy błota zmieszanego z krwią nie zniweczyły piękna łydki, przywodzącej na myśl kończyny Wodza dłuta profesora Mariana Koniecznego. (Z tego m.in. powodu znany rzeźbiarz musiał znosić represje, nie mogąc prywatnie pojawić się na terenie Nowej Dzielnicy).
Opuchlizna na lewym policzku, błysk żywego mięsa na drugim, krew kapiąca z łokcia – tyle ogarnął jednym spojrzeniem Mały Joe. „Ktoś go jednak zahaczył” – chciał krzyknąć z werwą. Lecz nie był to czas na wymianę wrażeń. Truchcik Suchego doprowadził go już do pierwszej trzymającej się na nogach sylwetki.
Cóż z tego, że między palcami Rudego Zdzicha czaiły się nagięte żyletki, że maksymalnie skupiony i sprężony nie czuł strachu, tylko słodycz nadmiaru śliny, produkowanej podnieceniem; że wybrał optymalne miejsce przy krawężniku i wytrwał na nim; cóż z tego, że sporo zimowych wieczorów zapełniłby opowieści o kolejnych epizodach jego kariery, właśnie dobiegającej kresu.
Żaden z patrzących nie miał pewności, co zobaczył najpierw: mętny odblask na nożu opuszczającym dłoń Suchego czy bezwładne ugięcie kolan Zdzicha, i co najpierw usłyszał: świst stali przeszywającej powietrze czy tąpnięcie, z jakim ugrzęzła w ciele. Roztrząsaniu tej kwestii obserwatorzy musieli poświęcić uwagę później, bo zanim Zdzicho upadł, już wyrósł przed nim Suchy. Wyszarpnął ostrze, obracając je niepostrzeżenie, a Zdzicho drżącymi rękoma bezsensownie usiłował powstrzymać wypływające jelita; potem, równie bezsensownie, kopał nogami powietrze, co w najmniejszym stopniu nie przypominało jednak desperackiej próby ostatniego ataku. Wreszcie uspokoił się i nie rozpraszał już widzów czynnościami pozbawiony wpływu na przebieg akcji.
Ciało Zdzicha nie dosięgło jeszcze podłoża, kiedy ze straszliwie rozpłatanej szyi Hrabiego trysnął czerwony gejzer, a on obracał się wolno i cicho, z łagodnym bulgotem, aż stuk wypuszczonej brzytwy, odbijającej się od chodnika, uświadomił obecnym, że jest po wszystkim. Niewykluczone, że gdyby Hrabia ustał jeszcze chwilę, przechylona własnym ciężarem głowa spadłaby osobno. Lecz runął w całości, raptownie, jakby stał na skraju niewidzialnego dywanika, którym szarpnął jakiś złośliwy dowcipniś. Z przypominającej wargi klauna rany zamierające tętno wyrzucało jeszcze porcje spienionej cieczy.
cdn.



Komentarze
Pokaż komentarze