Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen
1378
BLOG

Dni otwarte w gimnazjum "20 słów"

Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen Polityka Obserwuj notkę 23

Wraz z początkiem marca otworzyły się podwoje gimnazjów dla kandydatów. I kandydatek oczywiście. Każdy, kto chodził do szóstej klasy, mógł się wybrać z rodzicami i zwiedzić gimnazjum. No i oczywiście wybrać, do której szkoły się pójdzie do ukończeniu podstawówki.
- Nie ma już gimnazjum u nas - stwierdziła mama Łukaszka czytając "Wiodący Tytuł Prasowy".
- Nie ma, bo to od dawna było siedlisko aspołecznych... - zapienił się dziadek Łukaszka, ale mama mu przerwała precyzując, że nie ma już gimnazjum na ich osiedlu.
- Pewno zrobią kolejny market - powiedziała z nieopisaną pogardą babcia Łukaszka. - Tylko kupować, kupować... A gdzie przemysł? Gdzie, pytam się? Za Gierka byliśmy potęgą...
- Tyle bzdur gadacie, że nie wiem od czego zacząć prostowanie - westchnął tata Łukaszka. - Może od tej pierwszej. Będzie gimnazjum na naszym osiedlu.
- Ależ...! - mama potrząsnęła "Wiodącym Tytułem Prasowym".
- Przed chwilą się dowiedziałem. Będzie to szkoła bezpośrednio pod egidą Unii Europejskiej.
- O Jezu - skomentował dziadek i dodał, że na pewno nic dobrego z tego nie wyjdzie.
- A kto będzie patronem? - spytała czujnie babcia Łukaszka.
- Marceli Nowotko - zażartował tata Łukaszka.
- Było nie było, przewodniczący Rejonispołkomu, bojownik w czasie wojny... - babcia dopiero teraz zorientowała się po uśmiechach taty i dziadka, że padła ofiarą żartu. - Oj, przytrzasnęli by wam parę razy jajka szufladą, to odechciałoby się wam tych psich figlów?
- O co chodzi z tą szufladą? - Łukaszek zmaterializował się jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie.
- Dobrze, że jesteś, idziemy do gimnazjum - szybko zmieniła temat mama.
- Ty też? - zdumiał się Łukaszek. - Po co? Myślałem, że masz wyższe wykształcenie.
Tata Łukaszka nieporadnie usiłował ukryć śmiech rżąc do szklanki z herbaty i wychlapując ją na podłogę. Za karę został wyrzucony za drzwi. Po szybkich konsultacjach ustalono, że Łukaszek pójdzie zobaczyć gimnazjum "20 słów". A towarzyszyć mu będą mama (z poczucia obowiązku) i dziadek (który wyczuł w tym jakiś spisek).
W piękny słoneczny dzień wybrali się do gimnazjum. Tłumy tam waliły, mijali po drodze zachwyconych ludzi. Mamie zaczął się udzielać nastrój radosnego podniecenia, a dziadek odwrotnie, posępniał z każdym krokiem.
Budynek nie różnił się niczym od innych gimnazjów. Jakiś robotnik malował napis nad wejściem. W klasach nauczyciele prowadzili krótkie pogadanki tłumacząc co i jak.
Weszli do jednej z takich klas i zasiedli koło rodziny ryżego chłopaka w wieku Łukaszka.
- Nasze gimnazjum prowadzi maksymalnie okrojony program minimum - opowiadał młody nauczyciel. - Cały kurs gimnazjum można zrobić w jeden semestr!
Tłum rodziców zafalował z uznaniem.
- Przepraszam bardzo! - odezwał się ktoś spod okna. - A dacie rady zmieścić się z programem?
- Uczymy tylko tego, co niezbędne w życiu! - zapewnił nauczyciel.
- Uczycie matematyki?
- Nie. Po co to komu? Czy pracując przy taśmie potrzebna jest tabliczka mnożenia?
- Geografii?
- Nie. Po co? Jest internet.
- Historii?
- Co? Czego? - zaśmiał się nauczyciel. - Absolutnie nie! Po co historia kasjerce?
- Biologii? Chemii? No to może polskiego?
- Nie - prawie zawsze odpowiadał nauczyciel. - Uczymy tak naprawdę trzech rzeczy. Pierwsza rzecz - to pisać, druga to czytać.
- Zaległości z podstawówki? - spytała zatroskana mama Łukaszka.
- Nie. Uczymy praktycznego pisania i czytania. Uczymy jak się podpisać na umowie o dzieło i jak czytać odcinek z płacą. Uczymy też rozróżniania kwot netto i brutto na fakturach. No i trzecia rzecz: uczymy dwudziestu słów.
- Aaa... Tych co macie w nazwie! - odezwał się ktoś koło drzwi.
- Dokładnie tak! to nasz autorski pomysł! - oznajmił z dumą nauczyciel. - Doszliśmy o wniosku, że nie ma sensu przemęczać uczniów niepotrzebną wiedzą. Uczymy tego, co praktyczne aż do bólu. Stwierdziliśmy, że dwadzieścia słó wystarczy, aby znakomicie funkcjonować w świecie pracy, gdzie (nie czarujmy się) głównym zajęciem jakie ich czeka to praca przy taśmie, w magazynie, lub przy kasie.
- A zdradzi pan, jakie to dwadzieścia słów? - spytał ktoś z rodziny ryżego.
- Ależ to żadna tajemnica - uśmiechnął się nauczyciel. - Proszę liczyć. "Ja", "nein", "links", "rechts", "weiter", "genug", "arbeit", "bitte", "danke "jawohl "gut" "zahlen" "kasse", "zigaretten", 'bier", "vodka", "zurueck", "diesel", "schneller" i "haus". Duża część rodzin przyklasnęła z zadowoleniem, między innymi rodzina ryżego.
- Nie chcą państwo, żeby dziecko umiało więcej? - spytał zszokowany dziadek Łukaszka.
- A po co? Najważniejsza rzecz proszę pana, to mieć fach w ręku.
- Ale Polska...
- Ja nie chcę Polski, ja chcę Opla! - wtrącił się rezolutnie ryży.
Mama Łukaszka przezornie odparła, że musi się zastanowić. Łukaszka nikt nie spytał o zdanie.
Kiedy wychodzili, nauczyciel wyszedł wraz z nimi. Robotnik kończył malować napis.
- Zigaretten? Bitte? - spytał błagalnie robotnik.
- Nein - odparł nauczyciel.
- Gut? - robotnik pokazał napis.
- Ja! Schneller!
I robotnik pilnie zaczął wykańczać ostatnią literę napisu "Arbeit macht reich".

Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to co robi Łukaszek, a tym bardziej za to, co mówi Gruby Maciek. A tak poza tym, to fikcja, czysta fikcja. UWAGA! Podczas czytania nie należy jeść i pić! Nie zaleca się czytania pokątnie w obecności szefa! Opluty monitor czyścimy specjalną chusteczką, a klawiaturę szczoteczką do zębów (by Redpill)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka