Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen
1152
BLOG

Pociąg osobowy

Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen Polityka Obserwuj notkę 11

Dziadek Łukaszka uparł się koniecznie, żeby jechać na jakiś rocznicowy marsz do Warszawy. Co więcej, okazało się, że nie jedzie sam, lecz w towarzystwie Bojowego Koła Emerytów "Orła Cień"
- Jak jedziecie? - dopytywała się babcia Łukaszka. - Bo moje koło emerytów "Breżniew wiecznie żywy" też chce jechać, ale siódmego listopada...
- Jedziemy pociągiem - odparł dziadek Łukaszka. - w tym rozsypującym się kraju koleje jeszcze jako tako działają. Do czego to doszło, żeby się cieszyć z PKP...
Wczesnym rankiem dziadek Łukaszka zgromadził się na dworcu wraz z grupą innych osób, pragnących udać się na marsz. Podjechał pociąg, upewnili się, że to ten i wsiedli. O wyznaczonej godzinie skład ruszył, co Bojowe Koło Emerytów wprawiło w niemałe zdumienie.
- Punktualny prawie jak luxtorpeda przed wojną! - oświadczył któryś.
- Nie chwal dnie przed zachodem słońca - skrzywił się dziadek Łukaszka.
No i wykrakał. Pociąg zatrzymał się podejrzanie wcześnie na jakiejś maleńkiej stacyjne.
- Jesteśmy już w stolicy! - powtarzał konduktor przemierzając korytarze wagonów.
- Panie, co pan, to ma być Warszawa? Ta stacyjka? Tak wcześnie dojechaliśmy? - pytali z niedowierzaniem pasażerowie.
- Oczywiście - kiwał głową z dumą konduktor. - Nasze koleje znów zdały egzamin. Rozwój techniki, dwudziesty pierwszy wiek, Europa, bądźmy dumni...
Ale wkrótce okazało się, że z okien ostatniego wagonu widać tablicę na peronie. Zamiast "Warszawa" widniał na niej napis "Pawełkowice".
Bojowe koło Emeryta oczywiście zaczepiło konduktora jak wracał zarzucając mu kłamstwo.
- Ja? Kłamstwo? - i konduktor zrobił oczy jak kot ze Shreka.
- Przecież mówił pan, że jesteśmy już w Warszawie!
- Za bardzo uwierzyłem otrzymanym informacjom - szepnął z leciutkim smuteczkiem konduktor. - Ale nie miałem powodów, by być wobec nich bardziej podejrzliwy niż zazwyczaj. Niemniej prostuję: jesteśmy, ale nie w Warszawie, tylko na miejscu. A jakie to miejsce nie wiemy w tej chwili, ale jest ono nasze, innego chwilowo nie ma i zamiast jątrzyć powinniśmy się pojednać i cieszyć, że dotarliśmy tu szczęśliwie.
- Nigdy! Hańba! - zakrzyknęło Bojowe Koło Emeryta, a i inni pasażerowie również wyrażali swoje niezadowolenie.
- Idziemy do kierownika pociągu - zadecydował dziadek Łukaszka.
Ale okazało się, że kierownika pociągu nie ma w służbowym przedziale. Co więcej, nie było go w ogóle w pociągu. Ale pasażerowie twierdzili, że na pewno jechał. Usiłował sprzedawać miejscówki pasażerom stojącym na korytarzu. Wreszcie kierownik się znalazł. W jednej z toalet ćwiczył groźne miny przed lustrem.
- Skandal! Hańba! - krzyczeli oburzeni pasażerowie. - Mieliśmy jechać do Warszawy, a stoimy na stacji w Pawełkowicach!
- Zacznę od słowa: przepraszam. Choć nikt nie zwraca uwagi na to, w jakich warunkach pracujemy, że to bydło zwane pasażerami sra, niszczy i śmieci w wagonach. Będę namawiał maszynistę, żeby pojechał dalej - kierownik pociągu położył dłoń na sercu. - Ale niczego nie mogę wam obiecać. W zamian biorę na siebie pełną odpowiedzialność.
- Sami chodźmy do tego maszynisty - rzucił ktoś.
Maszynista siedział w elektrowozie i nie chciał wyjść. Dopiero po długiej namowie zszedł na peron.
- Dlaczego zamiast do Warszawy pojechał pan do Pawełkowic?
Maszynista zamrugał oczami po czym zapytał:
- Państwo chcieli jechać do Warszawy? W takim razie nie rozumiem co tu robicie. Was tu w ogóle nie powinno być!
- Pan żartuje! Pan nas wywiózł gdzieś w pole!
- To wasza wina - maszynista wzruszył ramionami. - Po coście się pchali do Pawełkowic, co? Ja jadę tam, gdzie mi każą. Koniec podróży! Dalej nie jadę.
- Tam idzie konduktor! - zawołał ktoś.
I faktycznie, peronem szedł konduktor, ale już nie w mundurze, tylko w cywilnym ubraniu.
- Tak, to wasza wina - potwierdził konduktor. - Tak żeście sobie zorganizowali podróż! Przecież kolej tylko wozi. To pasażer kupuje bilet, wybiera sobie środek lokomocji, obiera marszrutę i punkt docelowy.
- To ustala kolej - upierał się ktoś z pasażerów.
- Niech pani się nie ośmiesza! - huknął konduktor. - Pociąg jedzie tam, dokąd chcą pasażerowie! Przecież sama nazwa na to wskazuje! Nie jest to pociąg kolejowy, tylko pociąg osobowy!
- Znowu pan kłamie! - wołali ludzie. - Niech pan nam załatwi, żeby ten skład pojechał dalej!
- Niczego nie załatwię.
- Jak to? Przecież jest pan konduktorem!
- No niby jestem, ale teraz akurat jechałem z państwem prywatnie. Do widzenia!
I poszedł. Maszynista również gdzieś zniknął. Pasażerowie stali bezradnie aż ktoś wpadł na pomysł aby poszukać znowu kierownika pociągu. Tym razem znaleźli go w przedziale służbowym. Grał w fifę na komórce.
Pasażerowie zarzucili go pretensjami i pytaniami jak teraz się przedostaną z Pawełkowic do Warszawy.
- O co chodzi?! - zmarszczył się kierownik pociągu. - O co znowu te pretensje? Przecież powiedziałem, że biorę na siebie cała odpowiedzialność, prawda? To o co jeszcze chodzi? Wynocha stąd! Bo Sokistów zawołam!

Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to co robi Łukaszek, a tym bardziej za to, co mówi Gruby Maciek. A tak poza tym, to fikcja, czysta fikcja. UWAGA! Podczas czytania nie należy jeść i pić! Nie zaleca się czytania pokątnie w obecności szefa! Opluty monitor czyścimy specjalną chusteczką, a klawiaturę szczoteczką do zębów (by Redpill)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Polityka