Ministrowie finansów państw europejskich spotykają się dzisiaj w celu przedyskutowania problemu finansowego Grecji. A właściwie ma zostać opracowany plan wyjścia z kryzysu finansowego tego kraju. Rynki finansowe już do kilku tygodni, niezwykle nerwowo reagują na tą sytuację w strefie euro. Mnie jednak zastanawia jedno, gdzie podziali się, piewcy wprowadzenia wspólnej waluty europejskiej? Jeszcze nie tak dawno słyszeliśmy, że zaściankowość Polaków jest jedynym racjonalnym wytłumaczeniem, wątpliwości, co do zmiany naszej narodowej waluty. I aby wkroczyć w nowoczesność, należeć do elitarnego klubu, oraz aby uzyskać całkowitą stabilność musimy przyjąć wspólną walutę jak najszybciej. Obecna sytuacja Grecji, znajdującej się na skraju bankructwa pokazuje przede wszystkim, że na tym idyllicznym obrazie – nazywanym – wspólną walutą, istnieje pewna rysa, i to znaczna. Bo problemem nie jest ten jeden kraj, który nie potrafi sobie poradzić z wewnętrznym zadłużeniem. Pojawiają się tu kolejno Irlandia, Hiszpania, czy Włochy, które należąc do jednego klubu oraz rezygnując ze swoich narodowych walut, liczyły na to że ich lekkomyślna polityka finansowa, będzie zawsze zabezpieczona przez bogatych sąsiadów takich jak Niemcy czy Francja. Z kolei bogatsi członkowie UE, nie chcą zbytnio poświęcać swoich środków na szybkie ratowanie Grecji bo to mogło by pociągnąć za sobą kolejne żądania pomocy, innych borykających się z kryzysem gospodarek.
W tej sytuacji, jest to niewątpliwie, pierwszy tak poważny kryzys finansowy Unii Europejskiej. Lekkomyślne wpompowanie w system bankowy Europy, setek milionów euro, nie załatwiło zupełnie sprawy kryzysu. Grecja na pewno doświadczy bolesnych cięć wydatków wewnętrznych, a przeświadczenie co do absolutnej słuszności wspólnej waluty europejskiej, mam nadzieje że osłabnie. Bo odrobina krytycyzmu nawet wobec tego co leży u podstaw UE jest czasami bardzo potrzebna.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)