Proroctwa wszystkich, którzy tuż przed wyborami parlamentarnymi w Wielkiej Brytanii, śpiewali pieśń o fundamentalnej zmianie na scenie politycznej, która to partię Nicka Clegga Liberalnych Demokratów, wprowadzi na drugą siłę polityczną w państwie, okazały się całkowicie nietrafione. Okazuje się bowiem że Torysi zdobyli 305 miejsc, Partia Pracy 258, a Lib-Dem wbrew wcześniejszym sondażom 57 miejsc. Oznacza to, że do większości Konserwatyści potrzebują jedynie dwudziestu jeden miejsc partii Clegga, aby utworzyć większościowy rząd. W krótkim oświadczeniu wydanym 7 maja David Cameron wykonał już ukłon w stronę Lib-Dem, w celu utworzenia większości parlamentarnej. Wprawdzie dla zwolenników, Lib-Dem wynik może być zawodem, gdyż sondaże przedwyborcze dawały tej partii nawet 30 % głosów, ale wyspiarscy komentatorzy od początku wykazywali wielką wstrzemięźliwość w ocenieniu tak fantastycznego wyniku tej partii. Oczywisty wniosek, który wypływa z rezultatów wyborów na Wyspach, to - medialny dyktat sondaży przedwyborczych jest niczym w porównaniu z siłą przywiązanego do partii elektoratu. Można wobec „przegranej sondaży”, wyciągnąć podobny wniosek co do pozycji PiS i jej kandydatów, w każdych wyborach, zawsze bowiem wynik tej partii jest niedoszacowany.
Inne tematy w dziale Polityka