Zwolennicy tzw. spiskowych teorii dziejów, jeśli są przy okazji cynikami, w Polsce muszą czuć się jak ryba w wodzie. Każda nowa sytuacja pozwala snuć rozmaite teorie w których za sznurki pociągają rozmaite ciemne siły, z reguły zresztą prawie zawsze te same. Dodatkowym prezentem od losu dla amatorów takiej wersji tłumaczenia losów świata jest to, że w Polsce większość teorii się sprawdza.
Dziwnym zrządzeniem losu ostatnie dni to wysyp medialnych doniesień na temat tzw. przystawek. Samoobrona i LPR po wyborach są bardzo osłabione, media obwieściły już ich koniec, liderzy praktycznie zniknęli. I nagle wrzawa. Najpierw wyciągnięty niewiadomo skąd filmik z udziałem skinheadów hailujących ręcznie i werbalnie, ze swastyką w tle. Wśród nich dziewczyna, która kilka lat później została asystentką Macieja Giertycha. Płomień oburzenia zapłonął jasno, jednak jak każdy ogień – trzeba go było podsycić. Pojawiła się więc informacja, że Wojciech Wierzejski bawił się na koncercie ze skinheadami. Nie wiem, czemu zaczął się wypierać, zamiast bronić skinów jako ostatniej, uciskanej i nie tolerowanej mniejszości. Zamiast tego jednak przyszła medialna szamotanina i tezy o niemieckiej agenturze. Niektórzy zwolennicy spiskowych teorii uznali zaś, że choć za nagonką stoją Niemcy, to za Niemcami stoją Amerykanie, którzy wielokrotnie dawali wyraz swojej niechęci do Giertycha. A kto stoi za Amerykanami – wiemy wszyscy... Tyle teorii spiskowej o charakterze globalnym.
Dzisiejszy ranek przyniósł jednak kolejną bombę, tym razem wymierzoną w Samoobronę. Jaka będzie jej siła rażenia, jeszcze nie wiemy, ale reakcja otoczenia premiera pokazuje, że może ona być spora. Oto poseł Łyżwiński (nota bene były TW SB) w zamian za usługi seksualne zatrudnił w swoim biurze niejaką panią Anetę. Pani Aneta wiedziała, od swojej koleżanki, że praca u Łyżwińskiego nie będzie prawdopodobnie ograniczać się do nudnych czynności biurowych (uprzedziła ją o tym jej koleżanka, która z tej właśnie przyczyny z tej samej pracy właśnie zrezygnowała), jednak zdecydowała się na ten krok. Sytuacja nie była dla niej zbyt komfortowa, jednak pani Aneta dzielnie zaciskając zęby obsługiwała przez 4 lata posła Łyżwińskiego, a ponoć także i samego Andrzeja Leppera. Wraz z przegranymi wyborami terytorialnymi i nieuchronnym końcem pięknie rozwijającej się kariery, nieszczęsna kobieta uświadomiła sobie, że tak naprawdę jest ofiarą całej sytuacji. Sprawę opisała dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”, podchwyciły ją zaraz inne media. Zapewne lektura „Gazety” pomogła naszej bohaterce spojrzeć na sprawę jeszcze jaśniej, dzięki czemu uświadomiła sobie, że były pracodawca jest również ojcem jej dziecka. Temperatura znów wzrosła. Nie chcę zaczynać tematu oceny zachowania osób zaangażowanych w całą sytuację. Nie uważam bynajmniej posła Łyżwińskiego za świętego, ani pani Anety za niewinną ofiarę chuci polityków, biedy i patriarchatu. Wiele kobiet samotnie wychowuje dzieci, a nie każda zostaje prostytutką. Pani Aneta w „Wiadomościach” powiedziała, że choć została uprzedzona o tym, co może ją spotkać, poszła na rozmowę o pracę, licząc na to, że jej zawodowe predyspozycje pozwolą jej przekonać pracodawcę, że warto ją zatrudnić jako faktyczną asystentkę, a nie, nazwijmy to archaicznie, nałożnicę. Jednak nie zrezygnowała z pracy, gdy już było jasne, że właśnie nią ma być. Stąd obecne wystąpienie wydaje mi się mocno cyniczne. Tyle o tym, o czym w ogóle miałem nie pisać.
Skąd jednak to medialne kopanie leżącego? Zainteresowanych eutanazją zdychających partii jest wielu. Poza domniemanymi siłami z zagranicy, zainteresowani są również w samym rządzie. Kaczyńskiemu tym łatwiej rządzić koalicją mocną ręką, im słabszy jest Lepper z Giertychem. Obie afery dają też pretekst do pozbycia się koalicjantów w przypadku sprawdzenia się scenariusza z poprzedniej mojej notki, czyli przejścia grupy Rokity z opozycji do koalicji. LPR i Samoobrona dotąd twardo wykluczały możliwość pozostania w rządzie w przypadku przystąpienia do niego JMR. Czy jednak dalej będą tak ostro stawiać warunki, gdy będą dobite kolejnymi aferami? Wątpię. Media jednak nie są przyjazne Kaczyńskim, a współpraca PiSu z dwiema partiami uchodzącymi za skrajne była idealnym pretekstem do nieustannego krytykowania partii rządzącej. Więc, choć dla PiS konsekwencje obecnego zamieszania nie muszą okazać się najgorsze, a może nawet wręcz przeciwnie, raczej nie tu szukałbym inspiracji.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)