Kolejny idealny moment dla fana teorii spiskowych (jak co dzień). Kilka dni temu cały kraj zaczął żyć sprawą wykorzystywania seksualnego w Samoobronie. Sprawa wydawać się mogła całkiem wiarygodna, byli świadkowie i ich zeznania, były zgodne głosy oburzenia i medialny szum. Drugiego dnia dziennikarze dowiedzieli się, że Łyżwiński nie tylko wykorzystywał Anetę K., lecz także jest ojcem jej najmłodszego dziecka. Nie był to jednak koniec. Trzeciego dnia bowiem można było przeczytać, że Aneta K. Była zmuszana przez Łyżwińskiego i jego znajomego weterynarza do przyjmowania preparatu dla zwierząt, mającego spowodować poronienie. W tym momencie dziennikarze przedobrzyli i dla wielu osób, w tym dla mnie, sprawa zaczęła być mocno naciągana. Nie tylko ja zapewne zastanawiałem się, co wydarzy się w czwartym dniu, tymczasem zamiast kolejnej sensacji ukazał się w Salonie 24 krótki tekst Dariusza Rosiaka „A jeśli Łyżwiński nie jest ojcem tego dziecka, co wtedy?”. Według mnie ta notka i jej emocjonalny charakter pokazuje bardzo dobitnie, jakie były rzeczywiste intencje autorów zamieszania:
„Wtedy całe nasze przerażenie, cały ten nasz tygodniowy rzyg - na nic. Nie, nie żyjemy z kloace, w której obleśne knury pluskają się radośnie z małymi hitlerkami. To my, dziennikarze manipulujemy ludźmi, to milionom Polaków, którzy boją się dziś dopuścić dziecko przed telewizor i chowają przed nim gazety – odbiła palma. A naszym krajem rządzi partia odnowy moralnej przy wsparciu poniżanych przez TVN ludowców i zastraszanych przez Wyborczą spadkobierców najpiękniejszych kart tradycji narodowej.
Jeśli Łyżwiński nie jest ojcem tego dziecka, to trzeba będzie go przeprosić, zadość mu uczynić, długi darować, może jakieś stanowisko dorzucić, przytulić co najmniej, dać czas na dojście do siebie po tej traumie. A z tą babą na stos, albo lepiej niech zostanie na całe życie sprzątaczką bez szans na awans za seks.
Wszyscy, którzy przez ten tydzień rzygali przełkną ślinę, koalicja wyjdzie na prostą po tym lekkim zachwianiu, polska polityka będzie się toczyć swoim zwykłym torem. I tak przez następne trzy lata. A jeśli ktoś nie chce przyjąć, że wszystko to, co widać jest ceną, jaką trzeba zapłacić za oczyszczenie kraju z agentów, to po prostu nie rozumie polityki.”
Tłumacząc na moje „Świadomie wcisnęliśmy wam kit, ale powodowały nami wyższe, szlachetne pobudki”
Tu porzucę wątek dziennikarski i przejdę do polityki. Od początku „skandalu” pojawiły się głosy wzywające w wersji łagodnej do zerwania koalicji, w wersji radykalnej – do dymisji całego rządu. Warto by kiedyś prześledzić proces tanienia tego wezwania. Po lawinie głosów, mówiących o konieczności ostatecznego zniknięcia ze sceny LPR i Samoobrony (o tym w poprzedniej notce) nagle pojawiła się propozycja Platformy. Jej charakter najlepiej ujął anonimowy poseł PO cytowany w „Dzienniku” – „Powiesimy was, ale nie będziemy bujać zwłokami”. Donald Tusk zaproponował Kaczyńskiemu poparcie budżetu i ważniejszych ustaw, w zamian za powołanie w miejsce rządu koalicyjnego gabinetu mniejszościowego, który na wiosnę poda się do dymisji, co umożliwi przeprowadzenie wcześniejszych wyborów. Równocześnie w mediach pokazał się i zniknął szybko tajemniczy sondaż, wg którego obecne preferencje wyborcze Polaków, przełożone na głosy, powołały by do życia sejm dwupartyjny, w którym PO dysponowało by 300-ma głosami. Co prawda wątpię, by ktokolwiek z PiSu przejął się tym sondażem, ale zapewne on nie był argumentem, by iść na propozycję Platformy. Propozycja ta zresztą, jak już napisałem, dla PiS była całkowicie nieatrakcyjna, a abstrahując od tego, Donaldowi Tuskowi nie należy ufać zbytnio, co idealnie pokazuje sytuacja Rokity, któremu człowiek z zasadami obiecał pół roku temu prawie stanowisko szefa klubu parlamentarnego (Swoją drogą czy oferta „Poprzesz kandydaturę Schetyny na sekretarza a w zamian zostaniesz szefem klubu” nie jest aby korupcją polityczną?). Jak to się skończyło, wie każdy, kto choć trochę interesuje się polityką.
PiS propozycję oczywiście odrzucił, PO wróciła do języka oskarżeń i totalnej krytyki , pokazując przy okazji, ile znaczą kwestie merytoryczne (poparcie lub odrzucenie budżetu nie zależy od jego treści, a od tego, kto zasiada w rządzie). Dziś zaś okazało się, że pierwszy i chyba, wbrew temu, jak teraz przedstawiają sprawę media, najważniejszy test wiarygodności przeszedł Łyżwiński (co za czasy!), a oblała pani Aneta, która jak się okazało rozminęła się z prawdą w kwestii ojcostwa swojego dziecka. Oczywiście nic się nie stało, co już góry oświadczył wspomniany pan Dariusz, który, mam wrażenie, wiedział dobrze, jaki będzie wynik testu. Z kolei pani prawnik reprezentująca Anetę natychmiast powiedziała, że jej klientka po prostu się pomyliła i teraz należy jak najszybciej zbadać DNA Leppera. Ostatecznie jurnych chłopów w Samoobronie dostatek.
Gazeta Wyborcza znajduje się na skraju bankructwa, o czym słyszymy co chwilę. Bankructwa już nie tylko ideowego, ale i czysto finansowego. Platformę czekają trzy lata bez wyborów. I jednym i drugim potrzebne jest coś, co pozwoli odwrócić marną kartę. W przypadku PO ktoś może napisać, że nie jest źle, ponieważ partia wypadła dobrze w wyborach samorządowych. Jednak w samorządach można się nieźle nachapać, ale nie ma się wpływu na politykę na szczeblu ogólnopolskim, a tylko to urządza dziś partię Donalda Tuska. Obecne zawirowanie było obu przywołanym podmiotom na rękę. Wyborcza rzuciła na szalę swoją topniejąca w oczach wiarygodność, Platforma zaś spróbowała po raz kolejny doprowadzić do sytuacji, która pozwoliłaby przyspieszyć wybory. Gdy Lepper mówi teraz o próbie zamachu stanu, jakiej dokonała Gazeta, oczywiście nie wypada dla wszystkich wiarygodnie, ale niestety, sporo rzeczy potwierdza taką tezę. Wygląda na to, że się nie udało.
Nie mi oceniać miliony Polaków, ponieważ nie jestem panem Rosiakiem i nie wiem, jak zachowują się przed swoimi telewizorami i co czują. Ale wiem, że zawód dziennikarza w tym kraju niektórzy czynią zawodem równie ohydnym, jak zawód polityka. To tyle.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)