Dziś oddam się plugawej czynności kopania leżącego. Swoje sumienie usypiam tłumaczeniem, że osoba, którą za chwilę się zajmę, nie zdaje sobie sprawy ze swojej pozycji, ani nawet z tego, że jest kopana, pozostając dalej w złudnym przekonaniu o swojej niekwestionowanej pozycji autorytetu i nie tracąc ani na chwilę dobrego samopoczucia. Tą osobą będzie pan Jan Lityński, przedstawiony w notce biograficznej w "Dzienniku" jako polityk, działacz Partii Demokratycznej, były wiceprzewodniczący Unii Wolności, członek KSS KOR. W roku 1980 doradca władz "Solidarności". W roku 1981 w stanie wojennym internowany, a następnie aresztowany. W 1989 roku uczestnik obrad Okrągłego Stołu. W latach 1989 - 2001 poseł na Sejm, m.in. przewodniczący Komisji Polityki Społecznej i Komisji Służb Specjalnych. Autor publikacji w prasie polskiej i zagranicznej, m.in.: "Krytyka", "Puls", "Tygodnik Mazowsze", "Res Publica", "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita", "Życie", "Der Spiegel", "Liberation", "New Yorker".
Pan Jan przystępuje do polemiki z opublikowanym dwa dni wcześniej tekstem pana Macieja Rybińskiego http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=209&ShowArticleId=27519"> Koniec Polski Michnika I Kiszczaka. Tekst pana Jana doczekał się już polemik, między innymi taka polemika pojawiła się na blogu Polska w sosie słodko-kwaśnym, później też w samym "Dzienniku", pióra Piotra Zaremby. Ja już w zwiazku z tym czuję się zwolniony z obowiązku polemiki (której zapewne i tak adwersarz nie przeczyta, więc byłoby to raczej przekonywanie przekonanych, postanowiłem jednak wkleić tutaj artykuł Jana Lityńskiego, z moimi podkreśleniami. Pan Jan zarzuca swoim ideowym przeciwnikom brak merytorycznej dyskusji i zastępowanie jej epitetami. Postanowiłem więc przyjrzeć się dokładniej, za pomocą szczątkowej analizy pola semantycznego, jak nazywa swoich adwersarzy nasz bohater, jak określa ich działalność (pogrubienia czarne), wreszcie, do kogo ich porównuje (pogrubienia czerwone).Zapraszam więc do ponownej lektury tekstu "Nową Polskę tworzą Rybiński i Gomułka" . Analiza ta jest ograniczona do wskazania określeń, asocjacji, ekwiwalentów i działań podmiotu, pomija wątek działań wobec podmiotu, ogranicza się zaś do podkreślenia słów odnoszących się do tych wątków. Opozycja wobec podmiotu w tekście pojawia się jedna, jest to, co nie zaskakuje, Adam Michnik.
Miłej lektury.
Pod wielkim tytułem: "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika" felietonista DZIENNIKA Maciej Rybiński ocenia ostatnie wydarzenia. Jest to tekst o niebywałym ładunku nienawiści i pogardy dla prawdy. Nie będę polemizował z Rybińskim, bowiem polemizować można tylko z tekstem zawierającym argumenty, nie zaś wyzwiska i wymysły.
Jednak czytając tekst Rybińskiego, miałem swoiste déja vu. Skądś znam ten ton i ten styl rozumowania. Pamiętam bowiem kampanie prasowe i w marcu 1968, i w maju 1977, a także w okresie stanu wojennego.
I wówczas - tak jak dzisiaj - jednym z głównych atakowanych był właśnie Adam Michnik. Rybiński - podobnie jak Ziemkiewicz i kilku innych publicystów - wydaje się być pojętnym uczniem Kąkola, Osiadacz, Wysznackiej, Wysockiego i wielu innych propagandzistów PRL. Analizując styl Marii Osiadacz, ma się wrażenie, że autorka nie myje nóg - stwierdził przed laty Stanisław Barańczak w swojej recenzji z "Książek najgorszych". Czytając dziś Rybińskiego czy Ziemkiewicza, czuje się tamten zapach.
Wojna z autorytetami
Recepta jest tu prosta i wielokrotnie opisywana, choćby przez Klemperera, Karpińskiego czy Głowińskiego - napisać mieszaninę faktów prawdziwych i fałszywych z ogromną przewagą kłamstw, otoczyć to ideologicznym bełkotem posiadacza jedynej prawdy, a następnie wylać kubeł pomyj. Taką samą metodę stosują obecnie Rydzyk i "Nasz Dziennik". Oczywiście czasy są inne. W PRL opozycja mogła być słyszana przez Wolną Europę, w szmuglowanych z wolnego świata książkach i pismach, a potem w wydawnictwach podziemnych. Wszystko z narażeniem wolności, pracy, spokoju. Z oczekiwaniem na wyrzucenie z pracy, rewizje, areszty i więzienia. Dziś jest inaczej. Z tym większym zapałem „czyściciele życia publicznego” atakują czy to Jacka Kuronia, czy Zbigniewa Herberta - rzekomo pod pozorem dochodzenia do prawdy. Niszcząc polskie autorytety, polepszają swe samopoczucie.
Terror i tchórzostwo
Oponenci, a raczej opluwacze Adama Michnika zarzucają mu terror intelektualny i prześladowania przeciwników. "A co myśmy robili przez te 17 lat? Cierpieliśmy. Jęczyliśmy (…). Nauczyliśmy się żyć w niewoli neurotycznych leków i fobii" - skarży się Rybiński. Zaiste, cóż wobec tego cierpienia znaczą spędzone przez nas lata w PRL-owskich więzieniach i aresztach?
Tak jakby w Polsce nie można było wydawać pism, wypowiadać się w telewizji zarówno publicznej, jak i prywatnej, głosić swych prawd w radio. Można - i to oni właśnie robią. Nie przypominam sobie Adama Michnika występującego w telewizji. A Rybińskiego, Ziemkiewicza czy Michalkiewicza owszem - i to dosyć często. Mam wrażenie, ze oni swymi epitetami wręcz zalewają i zatruwają opinię publiczną, nie pozwalając na poważną debatę o problemach tamtych czasów.
Większość z nich milczała w okresie PRL. I tu wydaje się leżeć klucz do uchwycenia istoty ich postępowania. Jeżeli ktoś w tamtym okresie nie miał odwagi mówić własnym głosem, jeżeli z tchórzostwa czy zaniechania rezygnował z jakiegokolwiek sprzeciwu wobec systemu komunistycznego, to dziś z narastającą gorliwością walczy z minionym złem. I dla uwiarygodnienia swej postawy potrzebny mu jest Adam Michnik. Bowiem jeżeli ogłosi się, że to Michnik jest alter ego Kiszczaka, cóż może znaczyć fakt, że autor takich słów w czasach stanu wojennego grzał miękkie fotele, a Adam Michnik pisał z więzienia list do Kiszczaka, narażając się na karcer i twarde łoże? Dzisiejszym rycerzom "jedynej słusznej prawdy", orędownikom "oczyszczenia życia publicznego" tak naprawdę nie chodzi o Kiszczaka. Chcą, korzystając z cudzych błędów i potknięć, zabić prawdę o PRL, chcą zatruć wiedzę o opozycji, o latach spędzonych na prześladowaniach, w celach więziennych i aresztach. Nie przez nich - przez innych - w tym także Adama Michnika. I to tylko dlatego, że kiedyś sami nie mieli odwagi.
Polska rewolucja kulturalna
Do swego lania pomyj wykorzystuje Rybiński sprawę arcybiskupa Wielgusa. Sprawę, w której Adam Michnik nie zabierał głosu, zaś kierowana przez niego „"azeta Wyborcza" wzywała do umiaru i wstrzymania się z ingresem do czasu wyjaśnienia wątpliwości. Ta bolesna - nie tylko dla Kościoła - sprawa winna skłonić do refleksji, do porozumienia się i zastanowienia nad dalszym kształtem badania PRL-owskiej przeszłości. Takiej refleksji na pewno nie służy jazgot i triumfalizm.
Jak stwierdził arcybiskup Józef Życiński: "Lustracja tak, ale nie chińska rewolucja kulturalna". Problem sposobu przeprowadzania lustracji dzieli nie tylko polską politykę. Dzieli też Kościół i jego hierarchów. Sprawa ostatnia mogłaby również posłużyć do dyskusji nad rolą Kościoła polskiego w życiu publicznym, udziale świeckich w funkcjonowaniu Kościoła i sposobie podejmowania decyzji. Mogłaby, lecz nie posłuży. Sprzeciwia się temu wrzask - wrzask Rybińskiego i podobnie myślących oraz wrzask zwolenników księdza Rydzyka.
Teraz są pozornie skłóceni. Nie na długo. Za chwilę połączy ich nienawiść do wszystkiego, co nie zgadza się z ich sposobem pojmowania świata, ze wszystkimi inaczej myślącymi. Połączy ich dążenie do flekowania przeciwników, do posiadania monopolu na prawdę.
Komentarze
Pokaż komentarze