Motto:
Jesteśmy jednym drzewem, bo jedne są korzenie
Spasi Sohrani
Zamieszanie wokół księdza Wielgusa i, szerzej patrząc, lustracji w kościele, rozpoczęło pewien proces, który niektórzy publicyści próbują określić jako redefinicję podziałów na naszej scenie politycznej, zamiast podziału na komunistów i antykomunistów – podział na zwolenników ujawnienia prawdy lub jej dalszego ukrywania. Nowa linia podziału nie jest tak oczywista, bo do dotychczasowych przeciwników lustracji, tożsamych z komunistami i ich centrowymi i centrolewicowymi przyjaciółmi dołączyli (dla niektórych dość niespodziewanie, stając się przyczyną zamętu w niejednej głowie) niektórzy duchowni, zwłaszcza wyżsi rangą, a także grono środowiskowych autorytetów związanych z Radiem Maryja. Nowy podział łączy z poprzednim to, że rozgranicza ludzi broniących swoich interesów i osoby, zainteresowane ujawnieniem faktów niewygodnych dla tych pierwszych, mogących godzić w ich interesy, Różni zaś fakt, że stary podział oficjalnie za główną przyczynę miał stosunek do historii, dopiero pod spodem kryła się obrona stanu posiadania pewnej grupy. Na pierwszy rzut oka chodziło o to, czy komuna była dobra, czy zła i czy Bóg istnieje, czy też nie – jak to trafnie ujął Kazik w tekście „Czterech pokojów”. Grupa postkomunistyczna była na tyle silna, że jej ideowi przeciwnicy, którzy dziś znaleźli się wraz z nią w grupie przeciwników zmian, mogła pozwolić sobie na ideową polemikę, bez obawy naruszenia swoich interesów – ujawnienia niewygodnej przeszłości. Dziś się to zmienia. I tu dochodzę do mojej własnej obserwacji, którą w skrócie zawarłem w tytule, a teraz omówię ją bardziej szczegółowo.
W roku 1989 wydawać się mogło przez chwilę komuś, kto nie był zorientowany w niuansach polityki, a obserwował ją raczej z zewnątrz, że mamy do czynienia z prostym podziałem MY/ONI. Solidarność z jednej strony, komuna z drugiej. Szybko okazało się, że część niedawnej opozycji łatwiej dogaduje się z postkomunistami, niż wczorajszymi (zdawałoby się) przyjaciółmi z podziemia. I tu pojawia się czynnik biograficzny. Prawie wszyscy główni aktorzy z tej grupy (Geremek, Kuroń, Mazowiecki, Michnik) byli bądź „nawróconymi (na antykomunizm i czasem katolicyzm) komunistami”, bądź też dysydentami wywodzącymi się z komunistycznych rodzin. Gdy komunizm, przynajmniej w swej jawnie autorytarnej formie, upadł, nastąpiło szybkie i głębokie zbratanie wczorajszych wrogów. Zaskakujące tylko do momentu, w którym przypomnimy sobie, że wczorajsi wrogowie przedwczoraj jeszcze byli przyjaciółmi, współtowarzyszami, rodzinami... Proces ten został już wystarczająco dobrze opisany (choćby w „Michnikowszczyźnie” Ziemkiewicza, czy „Salonie” Łysiaka), by nie wchodzić głębiej w to zagadnienie. Zdjęcie Michnika pijącego wódkę z Kiszczakiem też już wszyscy znamy, więc oszczędzę czytelnikom tego widoku. Pozwolę sobie na użytek tej notki nazwać to zjawisko „Powrotem pierwszej grupy na łono”. Grupę tę można utożsamić ideowo z partyjnym środowiskiem „Żydów” czy też, jak kto woli „Puławian”, czyli bardziej liberalnej frakcji PZPR.
Ostatnio, choć i wcześniej czasem można było o tym poczytać, dość często prześwietla się życiorysy czołowych postaci związanych z medialnym koncernem ojca Tadeusza Rydzyka. Grupa ta, radykalnie antykomunistyczna i hałaśliwie katolicka, w swej znakomitej większości w czasach PRL nie była bynajmniej związana z opozycją. Wręcz przeciwnie, większość znajdziemy w partii i rozmaitych skompromitowanych instytucjach. Jeśli nie w PZPR, to w jej tzw. satelitach, Stronnictwie Demokratycznym, czy też marginalnych ugrupowaniach tzw. koncesjonowanych katolików. Jeśli nie w „Trybunie Ludu” to w „Tygodniku Demokratycznym” (sam pamiętam jeszcze, że to właśnie w tej gazecie jeszcze jako dziecko po raz pierwszy zetknąłem się z nazwiskiem profesora Jerzego Roberta Nowaka i bardzo później mnie dziwiło jego „życie po życiu”, tym razem jako katolika i wielkiego prawicowca) czy też w „Tygodniku Polskim”. Tą grupę można utożsamić z konkurencyjną wobec „Puławian” frakcją „Natolińczyków”, zwanych też „Chamami” i „Moczarowcami”. To w strachu przed nimi Michnik chciał łączyć (wg Ziemkiewicza) lewicę „Solidarności” z liberałami z PZPR. Ta frakcja uchodziła za nacjonalistyczną, antysemicką, a zarazem za najtrwardszy partyjny beton. Część dawnych partyjnych nacjonalistów odnalazła się w Radiu Maryja w latach 90-tych (tu można zaryzykować stwierdzenie, ze scenariusz Michnika zakładający połączenie „Moczarowców” ze skrajną polską nacjonalistyczną prawicą w pewnym stopniu się sprawdził) a z komunistami tak naprawdę zerwała dopiero wtedy, gdy grupa pierwsza, post-Puławian, zaczęła reintegrację ze swoim macierzystym środowiskiem. Jednak teraz, mimo ciągle deklarowanego antykomunizmu ze strony intelektualnego zaplecza mediów ojca Rydzyka, i mimo ciągłego, obowiązkowego atakowania tychże przez media związane z lewicą i centrolewicą, nagle widzimy podobne do poprzedniego – wymieszanie. Nagle wrogie sobie media zaczynają się cytować, bez złośliwości, bez nienawiści, a łączy ich zagrożony interes, którego oddzielnie po raz pierwszy, nie są w stanie obronić. I tu właśnie rozpoczyna się, jeszcze nieśmiało, zjawisko „powrotu drugiej grupy na łono”. Pierwsza jaskółką są wspólne ataki na „dziką lustrację”. Może pozory zostaną zachowane dłużej, niż w przypadku pierwszej grupy. "Moczarowcy" są w o tyle innej, niż "Puławianie" sytuacji, że na obecnej lewicy nie ma reprezentacji ich frakcji, na lewicy "Puławianie" odnieśli całkowite zwycięstwo. Więc i powrót będzie inny, trudno dziś przewidzieć, jaką postać przybierze, czy oficjalnego rozgrzeszenia niektórych komunistów - to jest realne, skoro już rozgrzesza się tzw. księży patriotów, czy stworzenia jakiejś kolejnej marginalnej siły politycznej, jawnie już nawiązującej do natolińskiej tradycji. Jeśli ktoś nie wierzy w rozpoczęcie się tego procesu, wierzyć nie musi. Czy ktoś postronny w 1988 roku uwierzyłby, że Michnik będzie pić regularnie wódkę z Urbanem?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)