motto:
Na dach pada gorące pierwsze ziarno pyłu
Jacek Kaczmarski, "Pompeja"
Nie widzę pozytywów odwołania Wildsteina. Był na tyle niezależny, ze wbrew oczywistej i przewidywalnej do bólu krytyce, nie zamienił TVP w telewizję jednoznacznie propisowską. Czasem oglądając Wiadomości miałem wrażenie, ze nawet jest zbyt krytyczna, jednak nie przeszkadzało mi to. Zapewne świadczyło to właśnie o obiektywizmie. "Fakty" od czasów przejęcia ich przez Kamila Durczoka dla mnie nie nadawały się już do oglądania. "Wiadomości" zajęły ich dotychczasową pozycję. Czasem oglądałem jeszcze kilka innych pozycji, niewiele, bo ogólnie niewiele czasu poświęcam na oglądanie TV. Od początku kadencji Wildstein cały czas atakowany był przez polityków LPR i Samoobrony. Tym partiom bardziej odpowiadał model Kwiatkowskiego, który zresztą lansował je dość jawnie (Samoobronę, póki było to wygodne dla SLD, LPR - bo to osłabiało PiS i utrwalało wygodny dla postkomunistów wizerunek prawicy). I Giertych I Lepper myśleli, ze teraz, gdy są w rządzie, będzie tak samo, tylko już jawnie i wprost. Nie było, więc atakowali rzekomy brak obiektywizmu. Kaczyński bronił Wildsteina przy kolejnych zawirowaniach, zawsze, gdy wydawało się, ze aby coś z przystawkami ugrać, będzie musiał poświęcić niewygodnego prezesa, ten jednak wychodził obronną ręką. I teraz nagle, bez żadnego wyraźnego powodu, nagle głowa spada. W nocy, w trybie jak się okazuje mocno dyskusyjnym. Dzieje się źle. Po raz pierwszy w moim odczuciu Kaczyński zgadza się na coś, o co dotąd oskarżany był wg mnie bezpodstawnie. I choć wiem doskonale, że wszelkie płacze komentatorów ubolewających nad upolitycznieniem telewizji są fałszywe, bo ci sami komentatorzy wcześniej za symbol tego upolitycznienia mieli Wildsteina, jak teraz mają jego odwołanie, to jednak ten jeden raz mam podobne odczucia. Co więcej - Wildsteina zastępuje Urbański. Partyjny funkcjonariusz (co daje pole do stawiania zarzutów), a przy tym bynajmniej nie prawicowiec przesadny, więc nie daje to wcale sympatykom PiS nadziei na "odzyskanie TVP". Urbański co prawda jest teraz i był kilka lat temu związany z Kaczyńskimi, jednak po drodze zaliczył również flirt z Kongresem Liberalno - Demokratycznym, robił też jakieś dziwne interesy z lewicowym biznesem, przez co stracił stanowisko w Kancelarii Prezydenta. Tak więc nawet jego postać nie budzi aż takich kontrowersji wśród choćby polityków Po, jak można by się spodziewać. I to jest zły znak.
Czytam, na blogu Karlina choćby, zarzuty wobec Wildsteina, że blokował telewizyjną emisję filmu "Plusy dodatnie plusy ujemne". To fakt, tego nie rozumiem, jest to ciężki zarzut i jedyne moje zastrzeżenie wobec odchodzącego prezesa. Jednak, choć filmu w TV nie było, to jednak w ciągu ostatnich kilku dni, raz w TV Polonia, raz w TVP3 u Krzysztofa Leskiego, widziałem materiały, których sens był taki sam, jak filmu. A Urbański tego filmu nie puści również, tego jestem prawie pewien.
Jakiś czas temu Piotr Zaremba zastanawiał się w Dzienniku, kiedy nastąpi moment od którego coś zacznie się psuć, tak jak psuło się wszystkim poprzednim ekipom. Moment, kiedy jeszcze wszystko wydaje się być ok, ale gdzieś w ukryciu coś zaczyna się sypać.
"W którym momencie zaczął przegrywać Leszek Miller? Kiedy ogłosił, że rząd nie będzie dotował więcej barów mlecznych? Czy wtedy, gdy zdecydował się na awanturę z ustawą medialną i powiedział Aleksandrze Jakubowskiego: zajmij się tym? A może wtedy, gdy wyprawił się do Zakopanego, aby w stroju górala i po części przed telewizyjnymi kamerami hasać, on, lider lewicy, z największymi potentatami polskiego kapitału?
Pewne jest, że wszedł na drogę samozniszczenia, jeszcze o tym nie wiedząc. Sondaże nie ostrzegały, miękkość fotela w kancelarii premiera przyjemnie uspokajała. A nos zawodził. Zatrata instynktu to najgorsze, co może się zdarzyć politykowi. A w którym momencie zbłądził po raz pierwszy Jerzy Buzek? Gdy nie oparł się pierwszemu poleceniu Mariana Krzaklewskiego? A może wtedy, gdy mianował Stanisława Alota, krytykowanego za niekompetencję, szefem ZUS. A może wówczas, gdy na Radzie Ministrów nie postawił się Balcerowiczowi? A może wtedy, gdy postawił mu się za bardzo, doprowadzając do zerwania koalicji przez Unię Wolności? Pewne jest jedno: kiedy dymisjonował Lecha Kaczyńskiego bijącego w 2001 roku rekordy popularności, był już na równo pochyłej. "
Jeżeli jest to przekleństwo każdego polskiego rządu, boję się, ze to się właśnie stało. I bardzo chciałbym się mylić.
PS: Wszelkie komentarze osób niepodzielających mojego obecnego pesymizmu przywitam z radością.
PS 2: Tak, wiem, że nie jest to jedyny ważny dziś temat, ale o drugim, zapewne ważniejszym, pisać się nie podejmuję, polecam jednakowoż wpisy Michała Tyrpy i Freemana . (co ja się dziś tej notki naedytowałem, to moje)


Komentarze
Pokaż komentarze (4)