W polskiej polityce niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć, takie przynajmniej mam wrażenie. Wałęsa, który za chwilę ogłosi, że Andrzej Gwiazda był Bolkiem, Adam Michnik jako fan lustracji, Marek Jurek mówiący o „zamachu na demokrację” w wykonaniu PiS (i działacze PiS naciskający na powołanie do wojska byłego kolegi[1]) – to wszystko rzeczy przewidywalne i nudne aż do bólu. Trochę mniej przewidywalny jest Aleksander Gudzowaty, przedstawiający się w ostatnim numerze „Gazety Polskiej” jako ofiara układu (czy pisały dziś o tym jakieś portale internetowe?), jednak zaskoczenie jakieś wielkie to nie jest. Powstanie kolejnej partii „prawdziwej lewicy”, którą skrzykuje Mariusz Łapiński, jest jakimś tam newsem, ale też nie całkiem świeżym, bo Łapiński zapowiadał to już od dawna. Z tego, co widać będzie to lewicowy odpowiednik Ruchu katolicko-narodowego, czy jak się to tam nazywa, czyli stowarzyszenie ludzi, których już nikt nigdzie nie chce. Uśmiech politowania wzbudza fakt obecności w nowej partii Romana Jagielińskiego[2], Grzegorza Kurczuka, czy innych kieszonkowych tuzów polskiej lewicy. Prawdziwej ponoć, w odróżnieniu od liberalnego Kwaśniewskiego. O ile Kwaśniewski z lewicą wspólnego nic nie ma, nie wiem, na jakiej podstawie pan Mariusz twierdzi, że on, wraz z grupą swoich przyjaciół – mają. Pożyjemy, zobaczymy. Może Unia Pracy coś ma, nie sądzę jednak, by nowa partia na lewicy mogła komukolwiek zagrozić, zwłaszcza, ze średnio co dwa miesiące słyszymy o podobnych inicjatywach. Czy kiedyś czegoś podobnego nie planowali Bugaj z Romaszewskim? Pojawienie się w trudnej do przewidzenia przyszłości mitycznej „prawdziwej lewicy” – ale nie tej, która właśnie powstaje – może zagrozić jedynie PiS, ponieważ do takiej partii (ale raczej Bugaja, niż Łapińskiego) odpłynąć może część elektoratu socjalnego. Zbyt mało to będzie jednak głosów, by coś ugrać, choćby i osłabienie PiS. LiD pozostanie niezagrożony, ponieważ wszelkie doświadczenia po roku 1989 (Polska Unia Socjaldemokratyczna, Unia Pracy Bugaja, SdPL) wskazują, że elektorat, nazwijmy to w skrócie post-PZPRowski, nie potrzebuje do szczęścia „uczciwej lewicy” wybierając z zasady – nieuczciwą. To tyle o kolejnym nieciekawym wydarzeniu.
Zastanawiają się wszyscy, jak to się stało, że Walter opublikował materiały, mogące zaszkodzić Kwaśniewskiemu[3]. Zdrada – piszą. Sprawa zaś wydaje się być całkiem jasna. Wystarczy popatrzeć na sondaże i przypomnieć sobie los Cimoszewicza. Jak na razie wszystkie poczynania Kwaśniewskiego spływają po wyborcach jak woda po (hi hi) kaczce. LiD poparcie ma niewielkie, a Platforma, choć nie spełnia pokłądanych w niej nadziei, jednak całkiem spore. Do tego Platforma jest partią-specjalistką od „kłótni w rodzinie” i choć jej czarny PR nie ma specjalnego wpływu na odbiór Kaczorów przez ich fanów, to inaczej jest już w przypadku tych wyborców PO, którzy czasem, rozsierdzeni marną skutecznością swojej partii na innych polach, zerkają nieśmiało bardziej na lewo. Zamiast więc powtarzać kultowe „co się stało[4]” poszukajmy gdzieś w pobliżu półkownika Miodowicza, lub kogoś z tej parafii. Na razie znalazła się już Julia Pitera. Kwaśniewski biorący pieniądze z podejrzanego (choćby i tylko pod względem etycznym) źródła? Walter stawiający na PO w obliczu kolejnej wyborczej porażki „lewicy”? Nuda.
Pora więc na jedyną zaskakującą wiadomość dzisiejszego dnia, godną westchnięcia „Koniec świata”. Oto i ona:
Wiceszef PO Bronisław Komorowski powiedział w środę, że rozumie zachowanie minister spraw zagranicznych Anny Fotygi w sprawie rosyjskiego zaproszenia do złożenia w kwietniu wizyty w Moskwie. "W polityce cenna jest konsekwencja" - powiedział Komorowski, pytany czy słusznie zaproszenie pozostało bez odpowiedzi.[5]
Komorowski chwalący kogoś z PiS? Komorowski chwalący Fotygę? To jest sensacja dzisiejszego dnia. Uważam, ze w przyszłej kadencji sejmu, o ile jego skład będzie sprzyjał ustaleniu prawdy, należy powołać komisję śledczą, która wyjaśni to, co się dzisiaj stało.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)