0 obserwujących
30 notek
13k odsłon
381 odsłon

Polskość – czy to coś w ogóle znaczy?

Wykop Skomentuj

 Kilka dni temu wziąłem do ręki głośną obecnie książkę „Resortowe dzieci” i na tylnej okładce przeczytałem, iż jej tytułowi bohaterowie m. in. „zwalczają polskość”.

Obudziło to moją od dawna noszoną refleksję, czy użyty w tym sformułowaniu rzeczownik, istniejący formalnie w naszym języku, posiada w ogóle jakieś realne znaczenie. Zastrzegam, że nie chodzi mi o sens kwantytatywny tego słowa (ogół Polaków i Polek), lecz kwalitatywny, o jego cechy rodzajowe. Czyli, jak to definiują słowniki  – „cecha tego, co polskie”.

Mam oczywiście świadomość istnienia rozważań  naukowych i wywodów publicystycznych dowodzących nieistnienia współcześnie cech narodowych. Jednak posiadam silne przekonanie, że jest to typowy naukowy bełkot oraz że każdy rozumny człowiek zgadza się tu ze mną. Wystarczy za którąkolwiek granicę wyjechać, by się o tym szybko przekonać. Cechy narodowe nadal istnieją i są bardzo czytelne. A mało tego, wróżę im długi żywot, bowiem w naszym kręgu kulturowym nie następuje obecnie wykształcanie jakichś ciekawych uniwersalnych wzorców obyczajowych, jak to np. przez kilka wieków czynił Paryż dla reszty zachodniego świata.

Współcześnie zdarzały się parokrotnie publiczne dyskusje na znaczeniem słowa „polskość”. Np. w redakcji Znaku (miejsce ongiś zasłużone, dziś nierzadko unikane przez przyzwoitych ludzi) odbywało się bodaj nawet dwukrotnie coś takiego. Są w internecie sprawozdania z tych dyskusji. Ale pamiętam z nich tylko jakieś mętne wywody, że cech narodowych to w ogóle nie ma, a to co za takowe uważamy, jest projekcją materialnych warunków bytowania. Poza tym  być ich nie powinno w zjednoczonej Europie, a w ogóle jeśli nawet są, to zanikną. No w ogóle baza i nadbudowa, byt określający świadomość i te rzeczy. Tylko jeden był głos wskazujący jakiś powiedzmy konkret – dyskutant niejaki Donald Tusk (wtedy jeszcze nie premier) zabłysnął wtedy znaną frazą iż „polskość to nienormalność” oraz pełnym pasji wywodem, że trzeba to nienormalne zjawisko wykorzenić. No więc już coś mamy: im bardziej ktoś jest nienormalny tym bardziej jest polski. A poza tym, skoro polskość to nienormalność, to można ją leczyć podobnymi metodami.  Czyli tak, jak towarzysze radzieccy leczyli nienormalny ich zdaniem brak entuzjazmu do komunizmu – w obozach pracy i w szpitalach psychiatrycznych. Widać, że te nasze elity za dużą za młodu dawkę Marksa dostały i dotąd nie zdołały go zwymiotować.  Niedawno np. przeczytałem w książce Andrzeja Stasiuka pt „Dojczland” refleksję, iż ów tytułowy „Dojczland” jest tak skonstruowany, że mogli by przyjechać Kazachowie do jego obsługi i też by działał. No nie wiem, ja bym raczej nie ryzykował. Zresztą i tak się  wnet przekonamy – za niedługo zostanie tam przekroczona masa krytyczna Azjatów, a wtedy niedobitki Niemców zapewne będą chyłkiem przyjeżdżać do Polski na Oktoberfest, możliwy jeszcze u nas z alkoholem, golonką wieprzową i hożymi cycatymi kelnerkami bez czadorów.

A zaś kilka miesięcy temu natrafiłem na artykuł Tomasza Kwaśnickiego w „Do Rzeczy” pt „Polskość jako sekta” w którym autor co do samego pojęcia stwierdza, iż jest to „stan ducha”. Po takim stwierdzeniu typu ignotum per ignotum czytelnik czuje się niczym Panna Młoda z „Wesela” pytająca, co to jest Polska i otrzymująca od  Poety słabo konkretną odpowiedź, że to - serce.

Brak dookreślenia słowa „polskość” bywa też wykorzystywany dla jego celowego ośmieszania. Tak np. dzieje się w filmie „ Ryś”  Stanisława Tyma,  gdzie grany przez  Marka Kondrata liryczny gangster deklamuje jakieś swoje grafomańskie wiersze na ten polskości właśnie. Ogólnie jednak film przychyla się do tezy Donalda Tuska jw. pokazując Polaków od początku do końca jako ludzi in gremio anormalnych, a nawet antynormalnych. Podobnie w polskojęzycznych tzw. mediach głównego nurtu jeśli już dopuszcza się istnienie jakiejś naszej cechy narodowej, to tylko takiej, z pomocą której można nas publicystycznie batożyć.  I tak np. wg środowiska Gazety Wyborczej naszą flagową cechą jest zoologiczny antysemityzm, a wg Tomasza Lisa jest nią zawiść, zwłaszcza wobec sukcesów Tomasza Lisa.

Ja jednak uważam, że da się znaleźć jakieś wspólne, a pozytywne cechy rodzajowe występujące u nas w natężeniu większym niż u innych nacji.  Mam za ta tezą argumenty natury skutkowej: jeśli by bowiem nie było w nas takich cech, to jakaż inna była by przyczyna masowego polonizowania się u nas rozmaitych cudzoziemskich przybyszów, a już zwłaszcza Niemców - przedstawicieli rasy panów i debeściaków? Coś na rzeczy z tą naszą odrębnością musi być, bo przykłady takich spolszczonych Niemców są bardzo liczne, a niektóre rzeczywiście spektakularne. Wszyscy np. pamiętamy powtórzoną przez Henryka Sienkiewicza za Janem Długoszem scenę z bitwy grunwaldzkiej, gdzie Marcin z Wrocimowic obskoczony przez Krzyżaków traci na moment koronną chorągiew ziemi krakowskiej, ale zaraz zaczyna z innymi ocalałymi rycerzami taką rzeźnię, że chorągiew odzyskuje. Otóż Marcin z Wrocimowic był Niemcem.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale