0 obserwujących
30 notek
13k odsłon
175 odsłon

My, gwardziści papiescy Anno Domini 1979

Wykop Skomentuj5

Coraz donośniej słychać kwękania na temat kosztów i problemów związanych z mającymi się odbyć w lipcu br Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Prasa prześciga się w tworzeniu czarnych scenariuszy, a najwięcej do powiedzenia mają osoby deklarujące, że nic ich ta uroczystość nie obchodzi.

A moja myśl coraz częściej ucieka do wspomnień pierwszej papieskiej pielgrzymki, w czerwcu 1979 roku. Miałem bowiem wówczas zaszczyt i szczęście uczestniczyć w jej obsługiwaniu. Otóż – co wydaje się obecnie całkowicie niewiarygodne –  bezpośrednie zabezpieczenie porządkowe całej tej pierwszej pielgrzymki odbyło się z pomocą niesłychanie skromnych środków, a zostało przeprowadzone siłami wyłącznie ludzi dobrej woli -  księży i ochotników.  Służby komunistycznego państwa zachowały całkowitą bierność (nie licząc oczywiście tajnego inwigilowania), ku naszemu zdziwieniu zupełnie nieobecna była Milicja Obywatelska, nie dostarczono żadnej infrastruktury, choćby barierek czy desek – nic, zero, null. Kto nie wierzy, niech obejrzy krakowskie zdjęcia archiwalne – nie ma na nich ani jednej sztuki barierek (pojawiły się dopiero podczas drugiej pielgrzymki,  już w stanie wojennym). Można było odnieść wrażenie, że władze wręcz będą rade  z jakiegoś incydentu, wybuchu paniki, stratowań itp. Ale – nic takiego się nie stało.

Dwa tygodnie przed przylotem Ojca Świętego do Krakowa zatelefonował do mnie kolega z wiadomością, że ks. Władysław Gasidło z parafii św. Anny zbiera studentów - byłych ministrantów do służby porządkowej na czas pielgrzymki. Poszedłem razem z bratem, wtedy wprawdzie jeszcze nie studentem, ale już starym ministrantem. Obu nas przyjęto. Już pierwsze spotkanie było bardzo konkretne, ks. Gasidło zauważył, że jak 30-tu ludzi nic nie robi przez kwadrans to marnuje się cała dniówka robocza i od razu zaczął wdrażać nas w harmonogram pielgrzymki i w nasze obowiązki. Nasza grupa, ok. setki studentów z różnych krakowskich uczelni, miała zapewniać porządek i bezpieczeństwo podczas uroczystości w centrum wydarzeń, tj. przede wszystkim w rejonie Kurii Arcybiskupiej, Franciszkanów i  Uniwersytetu,  praktycznie przez cały czas pielgrzymki, bowiem każdego dnia ciągle się tam coś działo: wyjazdy na mszę na Błoniach (tam też część z nas była), do Balic, Rakowic, innych miejsc, wieczorne powroty, rozmowy i modlitwy „pod oknem papieskim” do późnej nocy. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o tego rodzaju zadaniach, żaden z nas nie był nigdy choćby bramkarzem w dyskotece. A ludzi zjechało do Krakowa ponad pół miliona. Dostaliśmy od księży jakieś emblematy – ryngrafy na szyję, kilka ręcznych megafonów na baterie, kilkaset metrów zwykłej liny konopnej do odgradzania przejść – i to było wszystko w temacie logistyki. Razem z nami stanęło do roboty kilkudziesięciu kleryków krakowskiego seminarium, w paru punktach miasta (np. pod Filharmonią, czy na Błoniach) były jakieś ochotnicze punkty medyczne oflagowane na biało. Tyle.

Naszym zadaniem było wszystko, co obecnie w czasie takiej imprezy robią liczne zastępy policji, straży miejskiej, ochroniarzy itd. uzbrojone w kilometry ogrodzeń, tony sprzętu oraz parkingi pojazdów. A my mieliśmy tylko te konopne powrozy, trzymane w rękach. Ale do tego dochodziło posłuszeństwo zgromadzonych ludzi, ich dobra wola i życzliwość dla nas.

Ks. W. Gasidło mówił nam , by zawczasu uważać na rosnący tłum, bo gdy ludzi jest zbyt dużo, nie są oni w stanie cofnąć się, muszą napierać naciskani przez resztę. Należało zatem absolutnie i bezwzględnie pojawiać się  z wyprzedzeniem we wszystkich miejscach, gdzie było spodziewane zagęszczenie się tłumu i zagrodzić sznurem trzymanym przez  nasz ludzki kordon większy zapas powierzchni, zaś gromadzących się upraszać przez megafon, by nie napierali. A potem powolutku oddawać powierzchnię. I za każdym razem zdawało to egzamin. Pamiętam naprawdę trudne chwile, gdy Ojciec Św. powracał z Balic i należało zapewnić trasę przejazdu kawalkady pojazdów przez ul. Franciszkańską. Wtedy było tak wiele ludzi, że na koniec ocaliliśmy tylko niewielki placyk przed samą bramą Kurii. Był on – pamiętam – cały pokryty świeżymi kwiatami rzucanymi z tłumu,  stąpaliśmy po nich. 

Co wieczór otwierało się okno nad nami Ojciec Św. prowadził swe słynne dialogi z krakowianami. Są one nagrane i stanowią świadectwo Jego niezwykłej charyzmy, ciepła, dowcipu i wspaniałego refleksu. To było jak bijące źródło żywej wody – wiary, miłości, patriotyzmu. Nierychło i z żalem ludzie pozwalali Ojcu Świętemu udać się na spoczynek.

Sami niemal nie odpoczywaliśmy. Pamiętam, gdy wróciliśmy z bratem do domu w środku nocy, a po godzinie był telefon że trzeba pilnie przyjść bo ludzie już się gromadzą, znów czekając na poranny wyjazd.

Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale