"Bywa często zwiedzionym, Kto lubi być chwalonym."
Tak miał polec Jarosław Kaczyński w starciu z Tomaszem Lisem gwiazdą nad gwiazdami. Wszak ten burakowaty i ciemny Kaczor mógł służyć za podnóżek dla cwanego Lisa. Tak myślał nasz Tomasz Niewierny układając plan swego wiernopoddańczego hołdu złożonego z dziennikarskiej eksterminacji Jarosława Kaczyńskiego.
I tu Lis miast sera otrzymał kawał kamienia w łeb. Już po pierwszych 10 minutach zamroczenie Tomasza Lisa osiągnęło poziom zjaranej trawki z Maczu Pikczu. DzejKej wyluzowany jak nigdy zbijał kolejne ataki w pełni już funkcjonariusza medialnego dworu Tomasza L. Szczytem było gdy ten prawie dziennikarz atakował w coraz bardziwej chamski sposób byłego premiera.
Aż do apogeum swego buractwa czyli ogłoszenia wyników głosowania : 44% za powrotem PiS do władzy :))). Po ogłoszeniu tej wiadomości konsternacja Lisa była aż nadto widoczna. Przegrał i ser i władzę nad tak ludźmi w studiu jak i przed telewizorami.
Brawo dla Kaczyńskiego który wreszcie zauważył że z gówniarstwem spod znaku PO trzeba walczyć ostro przez wypychanie lemingów ze studia. Kaczyński nie powtórzył błędu z wyborów i nie pozwolił bydłu drzeć swych mordek jak w trakcie pamiętnej debaty z Donaldem Tuskiem. Kultura rozmowy tylko na tym zyskała.
Jeszcze ostatni sztych Lisa miał sięgnąć w pokłady "nienawiści" Kaczyńskiego. Na koniec jak nigdy LiS puścił sąd-ę o Kaczyńskim "zrobioną" wśród jego "przyjaciół" i tak : "Blondynkę z PO" czyli Chlebowskiego i Zetafona Marcinkiewicza z problemami rodzinnymi ale i to nie spodowało żadnej nerwowej reakcji Jarosława Kaczyńskiego.
I Lis (się) skończył...


Komentarze
Pokaż komentarze (10)