Tak się jakoś zabawnie złożyło, że potrzeba stworzenia pierwszej notki na mym blogu zbiegła się w czasie z lekturą ostatniego wpisu red. Łukasza Warzechy. Nie ukrywam - lektura ta nieco mnie poruszyła - i polemice z tym zasłużonym publicystą gazety codziennej Fakt poświęcę swój debiut na tych łamach.
Pan Warzecha w swej notce wyraża swój smutek, iż wybryki ministrów Ziobry i Kamińskiego przyczyniły się do uznania dr G. za „męczennika".
A przecież to szuja i kanalia jakich mało - pisze redaktor - przecież widziałem film nakręcony przez CBA - przypomina. Jasno wynika z niego, iż piwniczka dra G. pełna była drogich alkoholi, zaś jego biurko wręcz pękało od wiecznych piór i niemałych kwot pieniędzy. Wszyscy mogli zobaczyć w Wiadomościach, jaki to z niego łapówkarz! Skandal! Zgorszenie! Ohyda!
Przyznam, że sam mogę dość dużo powiedzieć o tzw. „dowodach wdzięczności" otrzymywanych przez lekarzy. Jestem wszak lekarskim dzieckiem (proszę więc nie oczekiwać ode mnie nadmiernego obiektywizmu w tej materii). Moja Matula od kiedy pamiętam otrzymywała od swych pacjentów góry prezentów. Znacznie rzadziej niźli dr G. dostawała drogie alkohole, nigdy nie została uszczęśliwiona wiecznym piórem. Nie - jako że pracuje na dość głębokiej prowincji, co dzień przynosi do domu pakunki pełne kwiatów, czekolad, bombonierek, kaw rozpuszczalnych, kaw mielonych, jajek, owoców, warzyw, indyków, królików, zajęcy, karpi, szczupaków etc.
Pamiętam - dobrze mi z tym było z tym korupcyjnym procederem. Dzięki niemu w domu zawsze pełno było słodyczy i smakowitości. Nie trzeba było codziennie latać na targ po świeże płody rolne. Mateczka wprawdzie coś tam narzekała, że nie ma co z tym wszystkim robić, ale któż by się tym przejmował...
Źle zaczynało się dziać zazwyczaj gdzieś pod koniec maja. Okoliczne pola hojnie obradzały w truskawki. Mateczka wracała do domu z siatkami pełnymi owoców. Pod drzwi były dostarczane kolejne ich skrzynki. Myślę, że dziennie mogło przybywać około 10 kg truskawek. Zbyt wiele jak na moce przerobowe naszej skromnej rodziny.
Trzeba było jeść truskawki kilka razy dziennie. Z cukrem. Bez. Ze śmietaną. Pić koktajl truskawkowy. Pić kompot truskawkowy. Jeść ciasto z truskawkami. Robić przetwory truskawkowe.
Gdy to nie wystarczało, można było mrozić truskawki. Ale nawet najobszerniejsza zamrażarka kiedyś się zapełnia.
I wtedy trzeba było zacząć wyrzucać truskawki. Za okno.
Z każdym dniem powiększała się góra truskawek na polu. Gnijące truskawki przyciągają muszki owocowe, tak się składa. Wkrótce więc podwórko było opanowane przez prawdziwe chmary muszek. Były ich miliony. Tak wiele, że w kilka minut potrafiłyby zagryźć człowieka.
Ciężko było. Nienawidziłem truskawek . Nienawidziłem tak bardzo, że nawet nie zastanawiałem się, dlaczego ludzie wybierają najlepsze owoce i odsypułkowywują je tylko po to, by sprowadzić nieszczęście na naszą biedną rodzinę...
Jakiś czas temu wreszcie zaczęto robić pożytek z gór truskawek - wino, mówiąc wprost. Pomysł genialny w swej prostocie, przyniósł wszystkim ulgę i nieco załagodził problem...
Ale ostatnio zacząłem się bać. Wyobrażam sobie najazd CBA na dom moich Rodziców. Matulę wyprowadzaną w kajdankach. Relację w wieczornych Wiadomościach, ukazującą dowód w postaci baniaka pełnego truskawek. I redaktora Warzechę, pytającego: „Po co jej tyle owoców? Chyba nie handluje nimi na allegro?".
Dużo myślałem na ten temat ostatnio. I doszedłem do wniosku, że w sprawie dra G. jest coś, co umyka panom Ziobrze, Kamińskiemu, Warzesze... Coś, co być może przekracza ich horyzonty myślowe. Nie są oni w stanie wyobrazić, że relacja lekarz-pacjent nie musi sprowadzać się tylko do relacji usługodawca-usługobiorca. Że jest tu miejsce na więź głębszą, na więź powołanego do ratowani ludzkiego zdrowia z tym, któremu to zdrowie ocalono.
Z właśnie tej szczególnej więzi wynika irracjonalna, niemal transcendentna dla red. Warzechy potrzeba odwdzięczenia się. A cóż, że człowiek prosty odwdzięcza się zazwyczaj jakimś, skromnym bądź nie, podarunkiem materialnym...
Można „dowody wdzięczności" uznawać za tradycję, za utarty zwyczaj. Ale dla mnie będą one przede wszystkim wyrazem naturalnej, podstawowej potrzeby człowieka. Potrzeby wyrażenia własnych uczuć.
A dla pisowskich nihilistów jest to jeno korupcyjna praktyka, którą należy wyplenić krwią i żelazem...
Żeby było jasne - jeśli drowi G. zostanie udowodnione łapówkarstwo, ja pierwszy domagał się będę surowej i sprawiedliwej kary,
Ale póki jedynym powodem wtrącenia go do aresztu okazują się być wielogwiazdkowe koniaki i kolekcja przyborów piśmienniczych, niechaj będzie mi wolno uznawać go za „męczennika".


Komentarze
Pokaż komentarze (28)