W odpowiedzi na tekst Łukasza Warzechy.
Łukasza Warzechę cenię za inteligencję i często się z nim zgadzam - nawet jeżeli nie zawsze mi to smak. W komentowanym tekście zaskoczył mnie jednak swoją naiwnością. Tak, naiwnością właśnie. Bo wiara, że w polityce liczy się tylko realpolitik i tylko interesy, jest naiwna. Jest cynizmem zbuntowanego nastolatka, który tak się sparzył na jakiejś idei, że od tej pory postanawia być już twardy i w nic nie wierzyć. To w gruncie rzeczy postawa niedojrzała. Chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy:
Po pierwsze - istnieje coś takiego jak moralność po prostu (ja przynajmniej w to wierzę). Ludzkie zachowania można wartościować i oceniać wg pewnych kategorii etycznych. Działania w sferze polityki często są niemoralne i w imię "wyższej racji" (interes narodowy, racja stanu) akceptujemy u polityków zachowania których u "zwykłego człowieka" byśmy nie zaakceptowali. Ale tylko do pewnej granicy.
Po drugie - idee jako zjawisko społeczne istnieją, bo ludzie ich potrzebują. Ludzie chcą mieć przekonania i chcą wierzyć, że postępują zgodnie z nimi. Patrząc cynicznie - to jeden z aspektów polityki który też trzeba uwzględnić, jeśli chce się uprawiać realpolitik.
Jeżeli chodzi o prawa człowieka, to tak się śmiesznie składa, że są one jednym z fundamentów współczesnej demokracji. Społeczeństwa Zachodu stworzyły system polityczno-etyczny, oparty na przekonaniu, że wszyscy mają prawo do wolności i godności, co więcej - że ci, których wolność i godność jest zagwarantowana przez państwo w którym żyją, mają obowiązek pomagać w osiągnięciu tego stanu innym. Dziwne to i mesjanistyczne ale tak właśnie jest (swoją drogą zapewne wynika to z faktu, że etyczne korzenie cywilizacji Zachodu wywodzą się z chrześcijaństwa, ale to dygresja). Ta konstrukcja myślowa stoi w zasadniczej sprzeczności ze znacznie wcześniejszą ideą suwerenności państw, wywodzącą się z czasów, gdy każdy władca na swoim podwórku robił co mu się podobało, a z innymi władcami rozmawiał jak równy z równym (przynajmniej w sensie formalnym).
Z jednej strony mamy więc prawa człowieka które każą nam jednoznacznie oceniać przywódców państw takich jak Chiny, Rosja czy Zimbabwe, a z drugiej strony - mamy interesy narodowe i zasadę suwerenności, które podpowiadają nam - jak chce Warzecha - aby się jakimś tam ideologicznym ple-ple nie przejmować. Co najwyżej chwytać się praw człowieka jako wygodnego instrumentu do walenia po głowie kogoś, kogo interes narodowy nakazuje nam akurat walnąć.
Tylko że:
1) Albo są te prawa człowieka, albo ich nie ma. Albo uważamy, że ludzie mają prawo do wolności i godności, albo nie. Jeśli nie mają - to co zrobimy, kiedy jakiś polityk postanowi pozbawić prawa do wolności i godności NAS?
2) Politycy (zachodni) się na te prawa człowieka powołują. Najczęściej w duchu realpolitik, czyli instrumentalnie. Ale w imię tych idei wysyła się również ludzi na wojnę! (np w Iraku). Jeżeli politycy będą traktować idee całkowicie cynicznie, a wyborcy się w tym zorientują, to czy ktokolwiek jeszcze będzie chciał za te skompromitowane idee ginąć?
Żeby było jasne: ja nie jestem zwolennikiem nierealistycznej, mesjanistycznej polityki. Ale uważam że wolność i godność człowieka są wartościami których warto bronić. Oraz że od polityków można oczekiwać minimum przyzwoitości. Oczywiście, trzeba dbać przede wszystkim o własny interes narodowy. Tylko czy to dbanie zawsze wymaga całkowitej rezygnacji z obrony wartości? Czy - czasami przynajmniej - nie da się zrobić czegoś w imię obrony wolności i godności innych?
Niech się spotkają z tym Mugabe. Ale niech go od kuchni wpuszczą. Olimpiada też nie musiała się odbywać w Chinach. Co, obraziliby się i podnieśli koszty pracy? Nie sądzę. Ale może choć kilka osób uniknęłoby śmierci albo gułagu.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)