"Trudno nie mieć wrażenia, że przyczyną innego spojrzenia na powojenny splot stosunków polsko-żydowskich był nowy styl pisania o Holokauście, który stał się obowiązujący od początku lat 80. Młoda generacja historyków żydowskich, urodzonych zazwyczaj w USA, grubo po wojnie opisuje zagładę Żydów, nie uwzględniając specyfiki sytuacji państw Europy Środkowo-Wschodniej ściśniętych między totalitaryzmem nazistowskim a sowieckim. Nowy styl zmieniał też dawniej oczywiste proporcje winy. O ile wcześniej oczywista była dominująca wina Niemców za Zagładę, o tyle od lat 80. wzmacniał się trend uwypuklający odpowiedzialność krajów kolaboracyjnych i okupowanych przez III Rzeszę. (...)
Gross jako naukowiec z Polski w opinii wielu Polaków powinien więcej wiedzieć o tragizmie okupacji nad Wisłą. A jednak „Strach” wpisał się w styl pisania o Holokauście, który ignoruje lokalne realia. Gross potraktował Polaków nawet bardziej surowo od innych, stwierdzając, że tylko tu po wojnie Żydzi byli zagrożeni."
Rzeczywiście, istnieje tendencja do rozszerzania winy za Holokaust. Współodpowiedzialność - co najmniej moralna - za Zagładę przypisywana jest Polakom w publikacjach i wypowiedziach różnych mniej lub bardziej prominentnych osób. Abstrahując w tym momencie od analizy przyczyn i zasadności takiego przypisania, chciałbym stwierdzić tylko prosty fakt - a ten mam nadzieję nie jest dyskusyjny - że obecnie w różnych mediach i róznych środowiskach odbywa się cos na kształt debaty czy tez sporu, na temat tego czy Polacy mają się wstydzić jako zbiorowość swojej zbiorowej postawy wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej (oraz ewentualnie przed nią i po niej). Debata jak debata, debatować zawsze warto. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na pewną, być może marginalną, ale dla mnie ciekawą konsekwencję, jaka może z owej debaty wyniknąć.
W debacie tej (nazwijmy to debatą, choć nie do końca mam wrażenie żeby jej uczestnicy rzeczywiście próbowali ze sobą rozmawiać - ale to w sumie częste w debatach), w debacie tej zatem, jak to zwykle bywa, prezentowane są z grubsza trzy grupy stanowisk: dwa skrajne i jedno pośrednie. Skrajne to oczywiście z jednej strony twierdzenie że bylismy pomocnikami Hitlera, że obozy powstawały w Polsce bo tylko przy pomocy polskiej, antysemickiej ludności można było dokonac Zagłady, itp. Skrajne stanowisko z drugiej - bylismy bohaterami bez skazy, a wstydzić się mają Żydzi swojej kolaboracji ze Stalinem, którą nam się odpłacili za poświęcenie w ich ratowaniu. Pośrednie stanowisko jak zwykle próbując zadowolić wszystkich, nie zadowala nikogo, twierdzi bowiem, że antysemityzm jako zjawisko w Polsce istniał i nawet się ujawniał, ale z drugiej strony - ratowalismy naszych żydowskich współobywateli i byliśmy jednym z nielicznych krajów, które nie stworzyły żadnej struktury kolaboracyjnej uwikłanej w uczestnictwo w Holokauście (w przeciwieństwie do państwa Vichy na ten przykład). Oczywiście w obrębie tych trzech głównych nurtów istnieje cały szereg subtelnych odcieni. Jednak to nie odcienie sa najistotniejsze.
W rzeczywistości medialnej, a za jej pośrednictwem - również w zbiorowej świadomości, któryś z tych nurtów uzyska po jakimś czasie pozycję dominującą. Wynikać z tego będą różnorakie konsekwencje, również polityczne i prawne. To czy uznamy się jako zbiorowość za w jakiś sposób (i w jaki) współwinnych tego, co spotkało Żydów podczas II wojny światowej będzie rzutowało na stosunki międzynarodowe, ale także - na nasze własne postrzeganie siebie jako narodu. Polska tożsamość jest w dużej mierze ugruntowana na pewnym obrazie II wojny światowej i na związanych z nim symbolicznych wydarzeniach, takich jak powstanie warszawskie. To postrzeganie historii może ulec pewnej - jak mi się wydaje dość istotnej - zmianie na skutek przebiegu i wyników wspomnianej wyżej debaty. Ciekawe czy jej uczestnicy zdają sobie z tego sprawę...
Generalnie, w niedawnej i (chyba) wciąż jeszcze obowiązującej (czyli powszechnie przyjmowanej) "wersji", II wojna światowa była katastrofą, nieszczęściem które spadło na Polskę bez jej winy i przed którym nie mogła się ona obronić. Polacy wykazali podczas niej wyjątkowe bohaterstwo, które niestety niewiele nam dało, ale z którego jesteśmy jednak po swojemu dumni. Częścią naszej tożsamości, czy to się komu podoba czy nie, ciągle pozostaje romantyczny idealizm, a jego symbolicznym wyrazem - słynne przemówienie Becka o honorze. Podnoszone czasem poglądy, że bohaterstwo to było niepotrzebne i że znacznie lepszym wyborem, jakiego mogliśmy byli dokonać w 1939 r było odstąpienie "korytarza", a następnie zaakceptowanie roli państwa wasalnego III Rzeszy stanowią na razie margines. A jednym z argumentów podnoszonych przeciwko takim "pragmatycznym interpretacjom historii" jest również stwierdzenie, że akceptując pozycję państwa wasalnego Hitlera, musielibyśmy współuczestniczyć w Holokauście i potem się tego wstydzić. A tak - nie musimy...
Nie musimy - chyba że w rzeczywistości medialnej zwycięży spojrzenie na Polaków jako na antysemitów współodpowiedzialnych moralnie za Holokaust. Bo jeżeli tak się stanie, to wstydzić się będziemy musieli tak czy owak. A wówczas nasza postawa wobec niemieckich propozycji z 1939 oraz późniejsza okazuje się kompletnie nieracjonalna: nie dość że walczyliśmy do upadłego, doprowadzając do straszliwego wyniszczenia kraju i eksterminacji jego elit, to wyszło na to, że żadnymi bohaterami nie byliśmy, tylko pomocnikami Hitlera. To byliśmy kompletnymi frajerami... Nie napiszę w tym miejscu, do czego takie rozumowanie dalej prowadzi, ale wniosek jaka postawa byłaby bardziej opłacalna nasuwa się sam, prawda? A co może wyniknąć z tego, że - być może - zaczniemy się postrzegać zbiorowo nie jako idealistyczni bohaterzy lecz jako idioci, którzy w porę nie przyłączyli się do silniejszego? No, tego to ja już nie wiem, ale nie wiem też czy chcę nas tak postrzegać...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)