Pretekstem do niniejszego wpisu jest dzisiejsza rozmowa na gugu:
10:39:49 (GG #431****)
czy Kościół ma być instytucją realizującą w ogóle jakąś polityke społeczną?
10:40:15 (GG #431****)
czy ma być narzędziem realizacji jakiejś polityki społecznej?
11:40:41 (GG# 421****)
Chodzi mi raczej o w miarę spójne realizowanie elementów polityki społecznej
10:40:53 (GG #431****)
no to prawie to samo, n'est pas?
10:41:09 (GG #431****)
w każdym razie ma realizować "elementy" polityki społecznej i to jeszcze spójnie
10:41:16 (GG #431****)
pojawiają się 2 pytania
10:41:32 (GG #431****)
1) dlaczego? skąd taki pomysł że Kościół w ogóle miałby robić coś takiego?
10:41:54 (GG #431****)
2) JAKA to ma być plityka społeczna, to znaczy o realizację jakich wartości oparta i
kto bedzie ustalał jakie to mają być wartości?
11:42:26 (GG# 421****)
narzędziem nie jest organizacja, ale jej kadra (...) Właśnie dlatego, że kadra jest jaka jest (tzn. ludzie oświeceni, dający sobie prawo
oświecania innych). A wartości chrześcijańskie są znane i nie muszą być sprzeczne z
innymi (np. społecznymi)
11:45:35 (GG# 421****)
Nie trzeba nic narzucać
11:45:48 (GG# 421****)
Tylko działać razem
10:46:06 (GG #431****)
hoho
bardzo śmiały postulat (...)
10:53:14 (GG #431****)
kto ma określić jakie elementy public policy realizuje Kościół i realizacji jakich
wartości one służą?
11:54:46 (GG# 421****)
nie przypadkiem parlament??
10:54:55 (GG #431****)
czyli Państwo
11:55:03 (GG# 421****)
czyli my
10:55:16 (GG #431****)
co z zasadą rozdziały Kościoła od Państwa?
10:55:32 (GG #431****)
chcesz uczynić Kościół jednostką administracyjną wykonującą polityke Państwa?
11:56:16 (GG# 421****)
kościół jest jednak pewnego rodzaju stowarzyszeniem
Skoro ludzie rzeczywiście wygłaszają takie poglądy... To może poniższy tekst, który po tej rozmowie w przypływie niejakiej irytacji napisałem ma sens?
Kościół katolicki jest instytucją realizującą przede wszystkim cele religijne. Sensem i celem jego istnienia jest dążenie do tego aby jak największa liczba ludzi została zbawiona - zgodnie z tym co na ten temat mówi doktryna Kościoła, którą ludzie wierzący uważają za pochodną Boskiego Objawienia, a więc czegoś co nie podlega racjonalnemu osądowi. Podobne cele stawiają sobie inne kościoły i związki wyznaniowe, choc oczywiście w szczegółąch się to różni (zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę religie Dalekiego Wschodu, ale te odgrywają w Polsce role marginalną, możemy więc mówiąc o instytucjach religijnych w Polsce utożsamiać pojęcie religii z chrześcijaństwem). Trzeba więc podkreślić, że w realiach polskich celem kościołów jest dążenie do zbawienia wiernych a nie - jak to często można słyszeć np. "zaspokajanie potrzeb duchowych". Historycznie chrześcijaństwo (patrząc z punktu widzenia doktrynalnego, a nie socjologicznego oczywiście) nie powstało w celu zaspokajania jakichś potrzeb, tylko w celu zapewnienia zbawienia ludzkości.
Tym samym kościoły realizują cele pozostające całkowicie poza obszarem zainteresowań współczesngo państwa, któe zajmuje się - różnie oczywiście definiowanymi jeżeli chodzi o rodzaj i zakres - ale tylko doczesnymi potrzebami ludzi. Metaforycznie, państwo interesuje się człowiekiem, do momentu aż go zakopią (no, może dopóki istnieją materialne substraty ludzkiej jednostki, bo Państwo reguluje też kwestie związane z wykopywaniem ;) ) kościoły natomiast zajmują się ludźmi z punktu widzenia tego, co stanie sie z nimi PO TYM jak ich już zakopią). Rozwodzę się nad tym, ale ta fundamentalna róznica pomiędzy obydwoma rodzajami instytucji (Kościołem i państwem) jakoś ostatnio często umyka.
Historycznie w Europie obydwa obszary zainteresowań były mocno pomieszane, Kościół bowiem starał sie zapewnić ludziom zbawienie poprzez zastosowanie przymusu państwowego, a państwo nie stroniło od wykorzystania religii jako elementu zintegrowanego z jego strukturami. Jednakże nowożytna zasda ROZDZIAŁU KOŚCIOŁA OD PAŃSTWA opiera się na niczym innym, jak na uznaniu zasadniczej autonomii obu sfer działania. Kościół robi swoje niezależnie od Państwa i vice versa. Rózne cele, różne światy można powiedzieć. Oczywiście nie znaczy to że działania państwa i Kościoła nie mogą na siebie "nachodzić" - kościoły realizując swoją misję będą podejmować działania które mogą uzupełniać politykę państwa, bądź też być z nią w sprzeczności. Zasadniczo, Kościół, jak i wszekie inne podmioty funkcjonujące w ramach organizacji państwowej działa w granicach wytyczonych przez prawo - nie może zatem realizować swojej misji poprzez podejmowanie działań sprzecznych z obowiązującym prawem. W przypadku kościołów chrześcijańskich problem działań sprzecznych z prawem w zasadzie nie występuje; pojawia się w przypadku skrajnych sekt oraz - w Europie Zachodniej - w związku z ekspansją Islamu (ten wątek pomijam, z uwagi na polskie zasadniczo chrześcijańskie realia, oraz na to, że komentowana rozmowa dotyczyła Kościoła katolickiego).
W przypadku działań "dublujących sę" uważam że relacje Państwa i Kościoła powinny pozostać autonomiczne - tzn. Kościół realizując w granicach prawa swoją misję tak jak ją pojmuje ma prawo być wolny od wpływu instytucji państwowych. Twierdzenie, że Kościół miałby realizować elementy public policy określonej przez panstwo jest dla mnie o krok od totalitaryzmu - to właśnie próbowali zrobić komuniści (i jest to zresztą charakterystyczne dla myślenia socjalistycznego, które zmierza przecież w kierunku rozszerzania kompetencji państwa i zwiększania jego kontroli). Szczególnie przerażające jest powołanie się przez mojego rozmówcę w tym kontekście na stowarzyszenia jako instytucje służące realizacji odgórnie sterowanej public policy. Stowarzyszenia polegają właśnie na tym, że ludzie mają prawo organizować się w celu robienia tego, co im się żywnie podoba, byleby to nie było zakazane. I może to być zupełnie niepożyteczne, państwo nie ma prawa w to ingerować, dopóki jest legalne.
Tu właśnie pojawia się problem wartości, o które polityka społeczna ma się opierać. One moga być różne i akurat w przypadku współczesnego państwa i współczesnego Kościoła często są - choćby te nieszczęsne prezerwatywy. Zgodne z doktryną katolicką, lepiej jest pocierpieć bez ciupciania i zostać zbawionym - i to właśnie nakazuje swoim wiernym. Dla państwa (przynajmniej w teorii) dobrze jest żeby ludzie byli zadowoleni (co wymaga ciupciania) oraz żeby nie rozsiewali kiły (co wymaga skłonienia ich do używania prezerwatyw). Oczywiście założenia tak zdefiniowanego fragmentu polityki społecznej też można kwestionować, ale załóżmy że demokratycznie wybrany rząd decyduje się taką właśnie prowadzić - i jego prawo. Ale prawo Kościoła, jako organizacji od państwa niezależnej żeby nie przykładać do tego ręki, a nwet potępiać.
Że państwu, a zwłaszcza wszelkiej maści socjalistom nie podoba się że istnieje sobie instytucja która utrudnia realizację jakiejś państwowej policy - ba, to oczywiste. Ale współczesne demokratyczne państwo prawa opiera się m.in. na założeniu że współistnieją w nim różne postawy, poglądy i wartości. I państwo nie może narzucać wartości swoim obywatelom. Owszem, może określone wartości promować, może wyłonić sobie nawet zestaw wartości które uzna sa fundament swojego istnienia - i w związku z tym może uznać pewne zachowania za nielegalne (jako sprzeczne z wartościami uznanymi przez państwo za kluczowe). Ale nie może NARZUCIĆ wszystkim jednego systemu wartości.
Rozwinę ten wątek, bo to się blisko wiąże z aktualnie wszędzie słyszanymi wrzaskami o "państwie wyznaniowym". Uznanie przez państwo pewnego zespołu wartości zawsze jest w pewnym sensie "arbitralne", tzn komus one będą odpowiadały, a komuś innemu nie. To działa w obie strony - ograniczając możliwość dokonania aborcji, państwo skłania się do zespołu wartości bliższemu konserwatywnym katolikom, niezadowoleni są ludzie o poglądach lewicowych; poszerzając te możliwości - odwrotnie, zadowoleni są drudzy, a pierwsi nie. Uważam że państwo, działając poprzez swoje demokratycznie wyłonione organy MOŻE zmieniać ten zespół podstawowych wartości (choć osobiście jestem przywiązany do tradycyjnych). Ale nie może ZMUSZAĆ wszystkich żeby te wartości uznali za swoje. Tzn. może odmówić wprowadzenia regulacji zrównujących związki homoseksualne pod względem prawnym z małżeństwami - ale nie może ZAKAZYWAĆ homoseksualizmu. I odwrotnie - jeżeli wprowadzi tzw. równouprawnienie małżeńskie gejów to nie może zmuszać mnie żebym posyłał dziecko do szkoły w której nauczą je, że "orientacja seksualna" jest sprawą wyboru, ilustrując to książeczką Biedronia.
Podsumowując - Kościół katolicki jest autonomiczną organizacją, która realizuje swoje cele, zasadniczo odmienne od celów państwa ("odmienne" nie w sensie "sprzeczne" tylko w sensie "zakresowo różne"). Dopóki robi to w zgodzie z prawem, to może robić co chce, a państwo nie może mu nic narzucać. Tym bardziej że zespół wartośći uznawanych przez Kościół zaczyna coraz bardziej różnić się od uznawanego przez część osób działających w sferze publicznej i w związku z tym wywierających wpływ na kształt policy.
Podejmowanie jakichś wspólnych inicjatyw na styku państwo-Kościół nie potępiam a priori - ba to cały czas występuje. Ale prowadzi to do nieustającego pomieszania dwóch sfer - i do nieustających prób "ideologicznego przeciągania" na swoją stronę jednej instytucji przez drugą.
Na koniec chciałbym zastrzec, że to wszystko sa stwierdzenia dotyczące tego jakbym sobie życzył żeby wyglądały ramy pewnego kulturowego dsykursu. Ale w rzeczywistości wcale tak nie wyglądają. W rzeczywistości mamy do czynienia z ostrą kulturową wojną o zespół wartości kóre powinny być przez państwo popierane. W tej wojnie obie strony chwytają się zagrań per nefas a ja nie jestem bezstronny, lecz zajmuję stanowisko i wpsieram jedną z nich. Stąd tez chciałbym zastrzec, że moje bieżące decyzje taktyczne, dotyczące oceny bądź udziału w różnych wydarzeniach mogą być zaskakujące i mocno niezgodne z całym powyższym wywodem ;)
Komentarze
Pokaż komentarze (2)