Do poniższego tekstu sprowokował mnie wpis RasFufu. Głównie dlatego, że - jak mi się wydaje - odzwierciedla dość dobrze obraz wsi jaki mają w głowie "młodzi, wykształceni z dużych miast", czyli pokolenie Fufu właśnie. Jako że nie jestem już młody i mieszkam na wsi, chciałbym kilka rzeczy sprostować.
"Dziś na polskich wsiach mieszka 38 % mieszkańców kraju, a rolnicy to 15 % ogółu zatrudnionych" - ogłosił Fufu dumnie, choć źródła nie podał. W naukach społecznych zawsze mamy ten problem, że zanim zacznie się interpretować to, co uznamy za fakty, należy najpierw zastanowić się, co jest faktem...
Kto jest rolnikiem? Według polskiego ustawodawstwa, którą to definicję powielają statystycy, jest nim zarejestrowany w KRUS posiadacz gospodarstwa rolnego o powierzchni 1 ha. Czyli również Rafał Ziemkiewicz oraz kioskarz u którego moja mieszkająca w Krakowie Mama zaopatruje sie w gazety. Oni też dokładają się do statystyki, z której wynika że polskie społeczeństwo to zacofani wieśniacy...
Pytanie nie brzmi "Ile osób mieszka na wsi", ani "Ilu jest rolników wśród zatrudnonych" tylko "Kto jest rolnikiem". A według mnie rolnikiem jest ten, kto żyje z roli. TYLKO z roli... A zatem pojawia się pytanie: "Ile osób utrzymuje się WYŁĄCZNIE z pracy na roli"? A jak brzmi odpowiedź?
Ano właśnie, tego nie wie nikt. Bo polscy socjolodzy zajmują się badaniem, czy Polki noszą majtki oraz co to jest pokolenie JP2, ale nikt nie policzył ile osób naprawdę żyje w Polsce WYŁĄCZNIE z uprawy ziemi. I - dodajmy - ilu z nich można zaliczyć do biedoty parohektarowej, a ilu jest wielkimi farmerami pokroju Leppera (czyli de facto przedsięborcami). Z braku danych ilościowych, sięgnijmy po badania jakościowe. Tak się składa, że mieszkam na wsi. Małej, biednej i zacofanej, w byłym zaborze austriackim. Jak ktoś tu ma 5 ha to jest zamożny. A ilu mieszkańców mojej wsi żyje wyłącznie z roli? Na 100 domów nie więcej niż 8-10 gospodarstw. Reszta pracuje w mieście, a na roli robi "po godzinach". Z miłości do ojcowizny, z przyzwyczajenia oraz dlatego że się to po prostu opłaca. Warto tu zaznaczyć że mechanizacja rolnictwa pozwala bez problemu na obrobienie paru hektarów w weekendy i wieczorami. A w mojej nędznej galicyjskiej wsi (gdzie ok 30% zabudowy to domy drewniane) traktor ma właściwie każdy.
Więc rozwiejmy mit pierwszy: Polska bynajmniej nie jest krajem wieśniaków. Polska to jest (w dużej części) kraj przedsiębiorczych właścicieli małych gospodarstw, które pełnią dwie funkcje ekonomiczne: umożliwiają dojenie państowej kasy poprzez KRUS (i powodują zarazem że "rolnik" wg definicji KRUSowskiej jest bardziej konkurencyjny na rynku pracy, bo składek za niego się nie odprowadza) oraz stanowią zaplecze dobrze funkcjonującej samowystarczalnej gospodarki żywnościowej. Bo jak się te parę hektarów obrobi wieczorami, to ma się za darmo żarcie na cały rok. Ja nie żartuję! Standardowe gospodarstwo ma kury, krowę, ze dwie świnie, pszenicę, ziemniaki, warzywa i owoce. Brakującą resztę (towary de facto "kolonialne" - kawa, herbata) rzeczywiście się kupuje. Ale struktura wydatków na jedzenie jest kompletnie inna niż w mieście. Szacunkowo, w wartościach bezwzględnych, wiejska rodzina wydaje na jedzenie ok 20 - góra 30 - procent kwoty, którą wydaje rodzina żyjąca w mieście. Dodajmy jeszcze, że ceny jedzenia na wsi są niższe. W sklepie "U Michałka" gdzie się zaopatruję, doskonałe wędliny z małych okolicznych zakładów kosztują mniej niż przeterminowana szynka w Tesco.
Pora na mit drugi: Polska to kraj BIEDNYCH wieśniaków. No więc, jeżeli jako wieśniaków traktować tych bidoków, którzy rzeczywiście nic innego poza uprawianiem swoich 3-8 hektarów nie robią, to rzeczywiście mamy ich, tych biednych wiesniaków. Tylko pytam się: ilu ich jest? Bo w mojej wsi, jak już wspomniałem "prawdziwych" wieśniaków, czyli tych żyjących tylko z roli jest góra 10 rodzin - ale z nich przynajmniej 3 które znam, ma 10 lub więcej hektarów i sprzedaje swoje płody, żyjąc skromnie, ale bynajmniej nie w nędzy... To zostaje 7 rodzin na 100, które można by uznać za "biedych wieśniaków"... A zatem, podsumowując: KRUSowych "rolników" - tych liczonych razem z Ziemkiewiczem - jest 15% ogółu zatrudnionych. Z nich, jeżeli moja wieś jest miarodajna, zaledwie 10% naprawdę utrzymuje się z roli. To wychodzi nam raptem 1,5% ogółu zatrudnionych. Powiedzmy, że moja wieś nie jest miarodajna, bo jest za mało zacofana i pomnóżmy te 1,5% razy trzy. To daje nam 4,5% ogółu zatrudnionych. I, proszę - jesteśmy w Niemczech... Trzy czwarte z tych 4,5% są "biednymi wieśniakami"? To mamy ich 3% ogółu pracujących Polaków.
Oczywiście, to są wszystko swego rodzaju "badania jakościowe". Ale wcale nie wydaje mi się żeby były mało reprezentatywne. Proszę zwrócić uwagę na to, że nie próbowałem odliczyć przedsiębiorców rolnych, którzy w takim Wielkopolskim gospodarzą na setkach hektarów.
Jeszcze parę faktów, jako przyczynek do rzeczywistego obrazu ekonomicznego wsi polskiej. Nie silę się na uogólnienie, bo bez prawdziwych badań zrobić tego nie sposób, ale do struktury dochodów polskiego "biednego wieśniaka" należy też doliczyć:
1. Dorywcze prace na czarno - oprócz tych, którzy pracują permanentnie w mieście, zajmując się gospodarką "po godzinach", większość moich sąsiadów ma co chwila jakieś fuchy. Polski chłop to przeważnie typowa złota rączka - i kafelki położy, i samochód naprawi i studnię wykopie.
2. Renty - w większości rodzin jest osoba która pobiera rentę lub emeryturę albo i jedno i drugie. Marne piniondze, ale do garnuszka się sumują. Przy niskich wydatkach na jedzenie, o których wspomniałem jedna kilkusetzłotowa emerytura wystarcza prawie na miesiąc 4 osobowej rodzinie.
3. Chorobowe - chory KRUSowski rolnik dostaje 6 złotych dziennie, za każdy dzień choroby. Chorować może przez 6 miesięcy, potem musi na miesiąc wyzdrowieć. I abarotno. Że niewiele? Ale jak się doda do renty...
4. Oczywiście dopłaty unijne - 500 do 1000 złotych do hektara rocznie (orientacyjnie).I nie licząc zwierząt (np koza - 500 zł do sztuki).
5. Wreszcie - sprzedaż płodów. Te małe gospodarstwa, poniżej 8 hektarów to niby produkują głównie na własne potrzeby. No ale 3 ton śliwek albo 5 ton jabłek przecież nikt w parę osób nie zje. A takie 3 tony śliwek to jest 9 tysięcy złotych - minimum.
Dodajmy emeryturę babci, dodajmy dopłaty, dodajmy chorobowe. Nawet bez dodawania tych fuch na czarno wyjdzie nam spokojnie ok 25.000 złotych rocznie. Zgoda, na 4-5 osobową rodzinę. Ale:
NIEOPODATKOWANE.
BEZ - praktycznie - ŻADNYCH SKŁADEK.
Z JEDNĄ TRZECIĄ WYDATKÓW NA JEDZENIE W PORÓWNANIU Z MIASTEM.
BEZ OPŁAT ZA WODĘ I GAZ (pali się drzewem z własnego lasu).
BEZ ŻADNYCH WYDATKÓW TYPU CZYNSZ.
No i jeszcze wspomnijmy o jednym drobiazgu: o aktualnych cenach ziemi. Nie, ja nie mówię o jakichś tam wsiach pod Krakowem, które stają się sypialniami dla klasy średniej z wielkiego miasta i gdzie dobra działka kosztuje milion. Ja mówię o mojej biednej, galicyjskiej wsi w górach, gdzie miastowi kupują sobie rekreacyjne działeczki. Po 1000-2000 zł za ar. Hektar to jest 100 arów, jakby ktoś nie wiedział.
Dobrze. Podsumujmy. Mamy w Polsce grupę ludzi, którą realnie szacuję na ok 3% ogółu zatrudnionych, którzy żyją w sposób wyżej opisany i korzystają z licznych przywilejów, finansowanych... No właśnie, finansowanych nie przez pozostałe 97% lecz przez pozostałe 85% zatrudnionych. Bo pomiędzy tymi dwiema liczbami jest jeszcze 12% "rolników KRUSowskich", którzy rolnikami sa co najwyżej "po godzinach". I o ile na temat przywilejów dla tych 3% można by jeszcze dyskutować i jakieś argumenty dałoby się znaleźć, to dla tych dwunastu procent ja uzasadnienia nie widzę.
Problemem nie jest bynajmniej - jak zdaje sie twierdzić Fufu - że polska wieś jest skansenem cywilizacyjnym i przez to "matecznikiem skrajnego konserwatyzmu". Problemem jest to, że kompletnie fikcyjne, potiomkinowskie definiowanie kto jest rolnikiem prowadzi do dojenia budżetu, a więc obciążeń podatkowych, a więc hamuje rozwój gospodarczy (oczywiście są jeszcze liczne inne przyczyny, ale to jest jedna z nich). Od "młodego, wykształconego z wielkiego miasta" oczekiwałbym jakiejś refleksji nad przyczynami, dlaczego taka definicja jest politycznie podtrzymywana, a nie wezwania do tego, żeby ten matecznik konserwatyzmu "spacyfikować". A dlaczego jest podtrzymywana? Bo PSL jest niezbędne jako koalicjant temu, kto nie może wygrać wyborów na wsi. A dlaczego tak jest? Ja bym powiedział, że dlatego, że mamy postkomunizm. Ale przecież Sierakowski ogłosił że już go pokonał.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)