67 obserwujących
69 notek
440k odsłon
  6851   0

Miłość po bolszewicku

               

Seks, wiadomo, to potęga. Ponad dwieście lat temu brytyjska arystokratka ostrzegała: “Sex is too good for the common people” (Seks jest zbyt dobry dla prostych ludzi). Chodziło jej o to, że seks to narkotyk; lud nie zna umiaru i nad instynktem swoim zapanować nie potrafi. Ogólne rozbestwienie stworzy ogólny chaos.
 
Doskonale rozumieli to rozmaitej maści rewolucjoniści. Od zarania dziejów, od gnostyków co najmniej, stosowali broń rewolucji seksualnej. Do ścisłego jej arsenału wchodziło promowanie powszechnego wyuzdania, postulowanie tzw. “wolnej miłości”, propagowanie zboczeń, oraz głoszenie aprobaty dla rozmaitych seksualnych patologii. Naturalnie w systemie liberalnym dzieje się to obecnie w płaszczyku retoryki o “tolerancji.”
 
Rewolucjonistom chodzi o podminowanie tradycyjnego społeczeństwa. Chodzi o zdobycie popleczników. Chodzi o stworzenie paradygmatu nowej “moralności”, a za jego pomocą zdominowanie dyskursu kultury i polityki. Czyli – w ostatecznym rozliczeniu – chodzi o władzę.
 
Takie ma funkcje rewolucja seksualna przed zwycięstwem rewolucji politycznym. A po zwycięstwie? Na pytanie to stara się odpowiedzieć literaturoznawca i rusycysta Gregory Carleton w pracy Rewolucja seksualna w bolszewickiej Rosji. Mimo, że przejrzał garść raportów w archiwum Komsomołu (młodzieżówki komunistycznej) w Moskwie, naukowiec ten skupił się przede wszystkim na analizie tekstów literackich oraz prasy sowieckiej. 
 
 Carleton jest zwolennikiem dekonstrukcji i post-modernizmu, oraz wyznawcą Michela Foucalt. Taka zideologizowana metodologia paraliżuje go w dużym stopniu. W związku z tym praca Carletona jest całkiem przewidywalna. Według niego prawdy nie ma. Ktokolwiek jest u władzy prześladuje słabszych, choćby wcześniej sam był słabszy. Takie refreny moralnego relatywizmu przewijają się stale – w mniej lub bardziej subtelny sposób na stronach  Rewolucji seksualnej w bolszewickiej Rosji.
 
Zidelogizowanie pracy nie oznacza, że jest ona zupełnie bezwartościowa. Uważny czytelnik może wychwycić wiele ciekawych wątków, a nawet pokusić się o własną interpretację zjawisk.
 
A było tak. Przed rewolucją bolszewicy popierali każdą aberrację, która podminowywała Stary Ład. Po zdobyciu władzy stanęli przed dylematem. Czy budować nowe, rewolucyjne społeczeństwo w oparciu o normy negujące tradycyjny porządek, nawet jeśli normy te przeszkadzają w utrwaleniu władzy utopi? Czy też budować nowe społeczeństwo odrzucając wszystko co podważa jego stabilność?
 
Początkowo przeważał pogląd pierwszy. Zaraz po zdobyciu bolszewicy znieśli śluby kościelne. Konkubinat miał taką samą wartość prawną jak ślub. Rozwód stał się farsą, udzielano go automatycznie i natychmiast; wystarczyło, że jedna ze stron okazała taką wolę bez konieczności tłumaczenia czegokolwiek. Bolszewickie “prawo” nie znało kategorii nieślubnych dzieci. Aborcja była dostępna dla wszystkich bez żadnych ograniczeń (s. 3). Homoseksualizm przestał być zboczeniem karanym prawnie (s. 59). Prowadzono nachalną kampanię “uświadamiającą” o tych wszystkich “zdobyczach” rewolucji. “Seks miano uznać z punktu widzenia rozmnażania się i przyjemności, a traktować otwarcie. Kampania edukacji seksualnej miała skupić się na kontracepcji, higienie, oraz zapobieganiu chorobom wenerycznym” (s. 3).
 
W początkowym okresie bolszewickiej rewolucji, oraz po jej zwycięstwie w partii prym wiedli zwolennicy kontynuacji seksualnych eksperymentów. Uznano, że uprawianie seksu przez klasę robotniczą powinno odbywać się bez żadnych ceregieli, bowiem nie warto było tracić energii na smolenie cholewek czy na romantyczną miłość, gdy przed proleteriatem stało wielkie zadanie budowy socjalizmu. Po prostu, “seks bez romansu mógł zwiększyć produktywność robotników” (s. 4).
 
Jednak w latach dwudziestych opinia o seksie wśród elit bolszewickich nie była jednolita. Początkowo prym wiodły pomysły Aleksandry Kollontai: “Akt seksualny musi być widziany nie jako coś wstydliwego czy grzesznego, ale coś, co jest tak naturalne jak inne potrzeby zdrowego organizmu, takie jak głód czy pragnienie. Takie zjawiska nie mogą być oceniane jako moralne czy nie moralne” (s. 40) Czyli seks to “szklanka wody”. Wypija się ją i odstawia.
 
W jednym ze swoich opowiadań opublikowanych w 1923 r. w kolekcji Miłość pszczół robotnic, Kollontai tworzy dialektyczny obraz trzech pokoleń rewolucjonistek. Babcia rzuciła męża, matka miała dwóch kochanków, a potem konkubina. Córka uwiodła konkubina matki, puszczała się z innymi, zaszła w ciążę i szykuje się do aborcji – apogeum rewolucyjnego wyzwolenia (s. 42). Kollontai podkreślała, że dzięki takiej dialektyce w ciągu pięćdziesięciu lat bolszewizmu “zaniknie palenie, przeklinanie, brak szacunku oraz konflikt” (s. 57).
 
Inni podzielali jej utopijny optymizm. Dla takich jak Borys Pilniak szczytem rewolucyjnego ideału była “towarzyszka Ordynina.” Czekistka, feministka paraduje w skórzanym płaszczu z pistoletem. “Określająca się jako romantyczka, jest również sadystką. Gdy przyszedł rozkaz, aresztuje swego kochanka i strzela mu kulą w łeb, co sprawia jej fizyczną przyjemność” (s. 53-54). Ból łączy się z przyjemnością dla zwycięstwa rewolucji.
 
Bohaterka prozy Gleba Aleksejeva to masochistka, która samookalecza się. “Tylko jem, śpię i rucham się,” powiada. W końcu popełnia samobójstwo (s. 182).
 
Obok sadyzmu i masochizmu ciepło wyrażano się o homoseksualiźmie. E.P. Frankel pisała, że “stosunek homoseksualny między dorosłymi nie narusza niczyich praw bowiem dorośli są wolni wyrazić swoje uczucia seksualne w jakiejkolwiek formie; inwazja prawna na ten obszar odzwierciedla jedynie spuściznę opinii kościelnej oraz ideologię grzechu” (s. 59-60). Nikolai Ognev wplótł w kanwę swojej powieści otwarcie kwestie homoseksualizmu i masturbacji (s. 172).
 
Komisarz edukacji Anatoli Lunaczarski obiecywał, że “seksualna miłość zakwitnie do takich szczytów szczęścia i przyjemności, o jakich nie śniło się mężczyznom i kobietom przeszłych pokoleń” (s. 58). Dr. A.L. Berkowicz propagował seks w połączeniu z eugeniką, aby stworzyć socjalistycznego “supermana,” a autorem tej koncepcji był sam Leon Trocki (s. 61-63). W końcu “eugenika… była logicznym krokiem na drodze wzniesienia dobra społeczeństwa ponad indywidualne żądania” (s. 62). Berkowicz chciał “całkowitej racjonalizacji seksu.” Wykluczał ze swego bolszewickiego raju “epileptyków, chorych psychicznie, typy zdegenerowane oraz innych” (s. 62) Tymczasem dr. E.B. Demidowicz pożeniła teorie Lunaczarskiego i Trockiego aby głosić “wolną miłość” w kontekście zwycięstw bolszewickiej neurologii. Po prostu komunistyczny “superman” będzie zdolny do wszystkiego (s. 66-68).
 
Tacy “pisarze” jak Nikolai Bogdanow odrzucali burżuazyjne konwenanse i argumentowali, że “aby być autentycznym proletariuszem… może to oznaczać odrzucenie samo-kontroli” (s. 28). Inny zwolennik walki klas i płci pisał otwarcie w Prawdzie w maju 1925:
 
Jakiego rodzaju ład społeczny mamy? Jest on oparty na systematycznej destrukcji własności prywatnej. To daje naszemu porządkowi jego szczególne oblicze. Jeśli chodzi o rodzinę, to odznacza się on systematyczną destrukcją podstaw rodziny. Współczesne stosunki seksualne są niczym innym niż głębokim odbiciem procesów ekonomicznych naszego kraju. Życie dzisiejszej młodzieży jest rewolucyjnym zerwaniem ze stosunkami seksualnymi opartymi o ideę własności prywatnej. W oczach młodzieży dziewczyna, która wstrzymuje się [od seksu] jest nie tylko burżujką, ale również taką, która niszczy swą młodość w imię przesądów przeszłości, która oszczędza się dla męża/posiadacza prywatnej własności (s. 32-33).
 
 
Jednak Carleton minimalizuje wpływy Kollontai i jej zwolenników. Wyszydza również głosy konserwatystów ostrzegających, że bolszewicy tworzyli piekło kobiet, że starali się je podporządkować państwu. Carleton zupełnie nie odnosi się do tego, że język i praktykę walki klas połączono z walką płci. Pisał o tym bardzo powierzchownie Alexis de Jonge. Według tego autora wprowadzenie przez bolszewików edukacji seksualnej spowodowało wielką falę gwałtów na dziewczynach ze starych elit – zwanych “bywszyje ludi” (byli ludzie) – przez proletariackich “kolegów” z klasy. Wprowadzali oni w życie rewolucyjne pomysły za jednym zamachem zwalczając wrogów ludu i wyzwalając go od reakcyjnych przesądów.
 
Carleton ignoruje takie tragedie. Mimo, że półgębkiem wspomina “serię zbiorowych gwałtów przez członków Komsomołu latem 1926 r.,” nie wyciąga z tego odpowiednich wniosków (s. 110). Zastanawia się tylko nad wpływem gwałtów na walki wewnątrzfrakcyjne w partii bolszewickiej i na kwestię seksu w sowieckiej polityce (s. 159-162). Z upodobaniem natychmiast Carleton zabawia się w “mirror imaging” (lustrzana wyobraźnia), czyli w wynajdowanie fałszywych analogii między Sowietami a USA. Na przykład, twierdzi, że mechanizmy wyzwolenia seksualnego były bardzo podobne w obu społeczeństwach w latach dwudziestych (s. 27). Jak na moralnego relatywistę przystało, uważa też, że gdy od 1928 r. mówiono w Sowietach o seksie, to mimo, że używano języka marksizmu, rezultat – “z moralnego oraz medycznego punktu widzenia” – był taki sam jak na Zachodzie, gdzie odnoszono się do “spuścizny judeo-chrześcjańskiej” (s. 224).
 
Carleton również nie bardzo potrafi sobie dać radę ze źródłami. Na przykład bierze za dobrą monetę publikowane w sowieckiej prasie materiały. Twierdzi, że rola redakcji ograniczyła się jedynie do bezstronnego oceniania racji stron (“Pravda served solely as a moderator…”) (s. 33). Naiwnie i rutynowo uważa, że listy do gazet odzwierciedlają prawdziwe opinie przeciętnego czytelnika (s. 234).
 
Autor przyznaje jednak, że według przeprowadzonego w 1922 r. sondażu wśród 1,500 studentów moskiewskich, “mężczyźni generalnie zredukowali seks do stosunku” (s. 30). Wraz z upływem czasu i “osiągnięć” rewolucji podobne poglądy zaczęły pojawiać się wśród kobiet. Według sondażu z 1928 r. jedna z dziewczyn otwarcie przyznała, że “nie wierzę w małżeństwo, tylko w stosunek seksualny jak między dwoma psami” (s. 30). W osobnym sondażu z 1922 r. “tylko 14,3 kobiet, w porównaniu z 21,4 mężczyzn, uznało małżeństwo za swój [ideał].” (s. 37)
 
 
Nie wiadomo, na ile na sowieckich statystykach można polegać; ludzie bali się przecież mówić otwarcie co myślą, czego Carleton naturalnie nie dostrzega. Poza tym bolszewiccy “naukowcy” naciągali wyniki swoich “badań” aby pasowały do teorii marksizmu-leninizmu. Na przykład, David Lass stwierdził, że ukraińskie chłopstwo onanizuje się najczęściej, co wynika z wpływu środowiska: na wsi dzieci od małego mogą obserwować seks wśród zwierząt, a więc same też praktykują na dużą skalę. Jednak wystarczy spojrzeć bliżej na statystyczne zestawienia Lassa, aby stwierdzić, że w masturbacji przodują po prostu proletariusze miast i wsi rodzaju męskiego (s. 69). Marksistowski determinizm szwankuje.
 
Niemniej jednak opublikowane w prasie opinie są ważne, bowiem odzwierciedlają poglądy bolszewickich elit, które dozwoliły na ich publikacje. Demonstrują one, że w latach dwudziestych towarzysze nie osiągnęli jeszcze concensusu w sprawie seksu.
 
Na przykład, w 1928 r. Aron Zalkind stwierdził, że agenci burżuazji podrzucają bakcyla seksu proletariatowi. “Seks to nowe opium dla mas. Dlatego proletariatcy nastolatkowie masturbują się tak często jak młodzież burżuazyjna” (s. 57). Jednak inni sowieccy “myśliciele” utrzymywali, że nastąpił “spadek w onanizowaniu się wśród proletariatu, co było dowodem na poprawę warunków bytowych” (s. 57). Tymczasem stary bolszewik, komisarz zdrowia, dr. Nikolai Semaszko ostrzegał, że masturbacja to “choroba,” której rezultatem są “bardzo poważne, powszechne dolegliwości nerwowe i fizyczne,” a wśród nich “homoseksualizm czy zoofilia” (s. 68). Tacy jak M. Lemberg sugerowali, że bolszewicka wolna miłość nie powinna dotyczyć homoseksualizmu, który nie jest proletariacki, a szerzy się wśród “aktorów, artystów, muzuków, oraz pisarzy” (s. 78).
 
Były to sygnały, że bolszewiccy przywódcy zaczęli się głęboko zastanawiać nad pomysłami towarzyszki Kollontai. Niektórzy z nich zaczęli się z nią nie zgadzać. Ale jak wyrazić swój sprzeciw? W Sowietach niedozwolona była przecież wiara w grzech. Należało więc deifikować proletariat i odrzucić seks jako urągający jego ideałowi.
 
Carleton twierdzi, że droga do deifikacji proletariatu wiodła przez biurokratyzację. Komórki Komsomołu w okresie NEPu uważano za gniazda pijaństwa, ateizmu i orgii seksualnych (s. 98). Dlatego tacy jak dr. B.V. Cukker twierdzili, że młodych trzeba zająć demonstracjami, posiedzeniami, przemówieniami i innymi bolszewickimi działaniami. Młodym nie zostanie ani kropla energii na uprawianie seksu (s. 103). Praca polityczna miała być lepsza niż seks. W ten sposób miał powstać “nowy człowiek” (s. 206).
 
Jednocześnie, powoli, wraz z ogarnianiem wszechwładzy przez Stalina, wyodrębniał się concensus dotyczący seksu w Sowietach. W odpowiedzi na jurnego komsomolskiego zbereźnika i teorię kollontajskiej “szklanki wody” stworzono bolszewickiego przodownika pracy i realizm socjalistyczny.
 
 
Carleton dość wiernie odtwarza debaty wśród bolszewickich “intelektualistów”. Zbyt jednak był zajęty próbami dostosowania teorii Micheala Foucalta oraz Edwarda Saida do sowieckiego dyskursu na szczytach władzy, aby pochylić się na tragedią zwykłych ludzi prześladowanych przez bolszewicką miłość.
 
 
 
_____________________________
Gregory Carleton, Sexual Revolution in Bolshevik Russia (Pittsburgh, PA: University of Pittsburgh Press, 2005).
 

 

 

 

 

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale