197 obserwujących
1270 notek
1144k odsłony
  392   0

Change money (2)

Lata 70.  i 80. były rajem dla cinkciarzy


           Do lat siedemdziesiątych, kiedy środowisko waluciarzy było jeszcze stosunkowo niewielkie i zwarte, można zapewne mówić jeszcze o swoistym esprit de corps i wyciąganiu konsekwencji wobec łamiących w sposób rażący przyjęte zasady gry. Powodem do eliminacji z zawodu były zbyt bliskie kontakty z milicją czy Służbą Bezpieczeństwa.


           Ta wewnętrzna samoobrona sprawiała, iż  zwykli mundurowi funkcjonariusze MO zazwyczaj nie podejmowali walki z walutowym podziemiem. Cinkciarze zazwyczaj nie reagowali na pojawienie się mundurowych milicjantów – „trzymają się jedynie w bezpiecznej od nich odległości. Na wezwanie nie zatrzymują się, w wypadku pościgu uciekają. Są pewni, że funkcjonariusz nie użyje broni i nie dogoni ich w bezpośrednim pościgu. Po oddaleniu się milicjantów zajmują ponownie swoje pozycje. Respekt budzą w nich jedyne funkcjonariusze „dewizówki”.


            Milicja była często bezradna wobec wykształconych przez czarny rynek walutowy strategii obronnych - wielostopniowości kontaktu, zasady nieposiadania przy sobie walut, a przede wszystkim niezwykłej czujności, prowadzącej do zaniechania transakcji w przypadku jakiegokolwiek podejrzenia. Cinkciarze doskonale orientowali się w przepisach prawa dewizowego i karnoskarbowego.


            „Dopóki nie złapie się kogoś za rękę, nic mu nie można praktycznie zrobić - zwierzał się dziennikarzowi na początku lat 70. gdański waluciarz. - A złapać nie jest tak prosto  - dodaje.- Wprawdzie dewizówka zna prawie wszystkich cinkciarzy i często urządza naloty na lokale, w których pracujemy, ale i na to są sposoby. Przeważnie każdy portier trzyma z nami i jak się coś zaczyna święcić, daje dyskretny cynk. Wtedy każdy, kto ma przy sobie coś trefnego, szybko pozbywa się kompromitujących dowodów, najczęściej chowając je w specjalnie w tym celu wiszącym w szatni bezpańskim płaszczu, i wszystko gra. Czasami zaś po prostu podrzuca się dolary czy funty znajdującym się w lokalu znajomym, co do których dewizówka nie posiada żadnych zastrzeżeń”.


         Nic dziwnego, że podejmowane co jakiś czas akcje przeciwko spekulantom walutowym dawały mizerne rezultaty - i tak np. w 1962 roku w rejonie warszawskiego „centrum dewizowego” (ul. Jasna, Mazowiecka, Traugutta, Świętokrzyska) zatrzymano 253 osoby, ale wszczęto zaledwie 20 dochodzeń, a 13 osób aresztowano.


       Milicyjne raporty są pełen informacji o cinkciarzach, którzy płacili grzywny, odsiadywali wyroki, po czym wracali do dawnego zajęcia, doskonaląc techniki obronne.


          W latach 70. wielu cinkciarzy w Warszawie „posiadane samochody postawiło na taksówki. W ten sposób mają jeszcze lepsze możliwości wymiany dewiz. Na ten temat dość głośno mówi się wśród pracowników gastronomii. Dziwią się oni, że organa milicji, znając „chlubną” przeszłość „cinkciarzy”, nie przeszkodziły w wydaniu im koncesji taksówkowych”. Można przypuszczać, iż w wielu wypadkach o wydaniu koncesji zadecydowała współpraca z milicją lub SB.


        Według milicyjnych szacunków zawodowy waluciarz skupywał w ciągu miesiąca dewizy o wartości około 600 dolarów, zarabiając około 15–20 tys. zł, czyli kilka razy więcej, niż wynosiła przeciętna pensja. Jeśli znał języki obce, mógł miesięcznie „wyciągnąć” znacznie więcej.


        Nie ulega wątpliwości, że pomimo oficjalnych zaprzeczeń,  władze komunistyczne wykorzystywały czarny rynek do kupna lub sprzedaży walut. Ponadto współpracujący z milicją lub SB cinkciarze  mogli służyć cennymi informacjami zarówno o cudzoziemcach, którymi interesował się wywiad lub kontrwywiad, o prywatnej inicjatywie, jak i - w latach osiemdziesiątych - o opozycji, wspomaganej finansowo z zagranicy i upłynniającej na czarnym rynku część otrzymywanych dewiz.


        W połowie lat 70. zaobserwowano zanikanie zwartego, względnie solidarnego środowiska cinkciarzy. Tajemnicą poliszynela stały się ścisłe związki wielu cinkciarzy z milicją oraz Służbą Bezpieczeństwa. To co kiedyś było powodem do usunięcia z grona cinkciarzy,  teraz stało się normą.


        Lata osiemdziesiąte przyniosły wejście do dewizowej gry kolejnych aktorów. Cinkciarze zaczęli narzekać na psucie interesów przez różnych „partaczy”.  „Dewizowy” cudzoziemiec otrzymywał pierwszą propozycję wymiany już w samolocie czy na przejściu granicznym i zanim stawał przy hotelowym barze, otrzymywał podobne oferty od obsługi lotniska czy dworca, taksówkarza, recepcjonisty, bagażowego, itp.


         Nie ma wątpliwości, że z  wyjątkiem kilku kurortów (Zakopane, Sopot) cinkciarze pracowali w dużych miastach. Według milicyjnych szacunków z  1985 roku z  ustalonych 3939 podejrzanych o obrót walutami 89,8% (3537) było mieszkańcami miast, z nich zaś 40% (1471) — dużych, powyżej 200 tys.. W samym jednak Zakopanem było w tym czasie ok. 180 miejscowych, „zawodowych” cinkciarzy i  250 z  innych regionów Polski.


        Koniec lat osiemdziesiątych stanowił dla cinkciarzy jednocześnie czas niezwykłej prosperity i początek końca ich epopei. Rozpoczęty w 1987 roku skup i sprzedaż bonów PKO przez banki przetrwali bez większych problemów.


        Prawdziwym zagrożeniem okazała się natomiast wprowadzona w marcu 1989 roku wewnętrzna wymienialność złotówki i dopuszczenie koncesjonowanych kantorów wymiany do obrotu walutą.


        Część cinkciarzy wyczuła koniunkturę i zalegalizowała działalność, inni postanowili kontynuować taktykę „Oni będą na pewno płacili podatki, a ja nie - mówił dziennikarzowi warszawski waluciarz. - Oni będą mieli tę całą swoją biurokrację, a ja nie. Oni będą mieli kurs dnia, a ja godziny, oni kurs godziny, ja minuty. Radiotelefony zdrożeją”.


       Błyskawicznie rosnąca w drugiej połowie 1989 roku inflacja, potem przeradzająca się w hiperinflację, spowodowała, że każdy, kto zajmował się wymianą miał pełne ręce roboty. Kto miał złotówki, natychmiast zamieniał je na trwalsze walory, systematycznie je potem sprzedając „na życie”.


         W gospodarce wolnorynkowej cinkciarze okazali się co prawda przeżytkiem, ale bynajmniej nie odeszli ze sceny nagle. „Można ich bez trudu spotkać - pisał w końcu 1993 roku dziennikarz „Gazety Bankowej” - przeważnie w miejscach, gdzie stali od lat, czyli przed bankami i na bazarach. W naturalny sposób konkurują z kantorami. Podobno oferują lepsze warunki – „taniej sprzedam, lepiej zapłacę”, chociaż dokonujący z nimi transakcji naraża się nierzadko na poważne straty, nie zawsze są to bowiem ludzie o kryształowych charakterach. Oferta „konika” może być rzeczywiście nieco, ale tylko nieco korzystniejsza niż kantorów. Nielegalni pośrednicy nie ponoszą bowiem, często znacznych, kosztów wynajmu lokali, płac itd. Duża grupa klientów „cinkciarzy” to ludzie, którzy od lat dokonywali transakcji na ulicy i jakby z przyzwyczajenia ciągle omijają jasno oświetlone miejsca. Inną grupą klientów stanowią przybysze zza wschodniej granicy, którym formalnie nic kantor sprzedać nie może”.


      Stopniowo tracili jednak klientów, dla których coraz bardziej liczyła się nie tyle minimalna różnica w cenie, ile bezpieczeństwo i wygoda.


          W końcu zniknęli z ulic. Pozostali jednak w zbiorowej pamięci, nieprzypadkowo więc pierwszy wprowadzony w 2012 roku internetowy system wymiany walut nazwano „cinkciarz.pl”.



Wybrana literatura:



J. Kochanowski – Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989

M. Bednarski -  Drugi obieg gospodarczy. Przesłanki, mechanizmy i skutki w Polsce lat
osiemdziesiątych

P. Wojasz, - Niebieski ptak. Absurdy peerelowskiej rzeczywistości we wspomnieniach byłego cinkciarza



Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura