Nasz nieoceniony przyjaciel Mireks (nieoceniony, bo bez ludzi o odmiennych poglądach Salon24 byłby miejscem raczej nudnym, gdzie wszyscy by się nawzajem chwalili i zgadzali ze sobą) jeszcze wczoraj, gdy tylko pojawiła się informacja, że CBA złożyło kolejne doniesienie do prokuratury o nieprawidłowościach w latach 2001-2007 w Ministerstwie Finansów, napisał tekst, jak mi się wydaje między innymi, o podwójnej moralności.
Otóż Mireks dziwi się, dlaczego Salon, który na wieść o aferach: hazardowej oraz stoczniowej gorąco o nich dyskutował, gdy usłyszał o kolejnej, tym razem w Ministerstwie Finansów, w ogóle się nią nie zainteresował. Otóż, nasz skromny Bloger twierdzi, iż przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że Salon to nie miejsce rzeczywistej debaty publicznej, a jest jedynie miejscem wylewania żalów i politycznej propagandy (swoją drogą świetna definicja blogu Mireksa).
Drogi Mireks jednak nie zauważył (chyba celowo, bo naiwny nie jest), że wczoraj w mediach pojawiła się jedynie informacja o zawiadomieniu prokuratury przez CBA, o latach jakich dotyczyły nieprawidłowości oraz że chodzi o Ministerstwo Finansów. Nic ponadto. Dziś wiemy więcej, ale to jest dziś, a swój tekst Mireks spłodził już wczoraj. Nieważne. Co pisze na swoim blogu, jest jego sprawą. Ja tam chętnie zaglądam, bo choć treści jego notek są dla mnie do cna przewidywalne (w końcu powtarzane są tam tezy prorządowych mediów) to forma i styl nie są złe, a i w komentarzach można poczytać mądre i zabawne wypowiedzi. Warto więc.
Po tym krótkim wstępie pragnę jednak przejść do senda sprawa - czyli podwójnej moralności lub standardów jak kto woli. Chciałbym też w tym miejscu zaznaczyć, że w moim odczuciu nie ma ludzi w stu procentach obiektywnych, wszyscy mamy jakieś sympatie i w większym lub mniejszym stopniu wpływają one na nasze oceny, dlatego też trzeba sobie zdać sprawę, że problem podwójnej moralności dotyka w zasadzie każdego z nas, różnimy się tylko jego stopniem. Niemniej myślę, że możemy powiedzieć, że ktoś jest obiektywny, a inny ktoś jest subiektywny.
"Fani" Platformy Obywatelskiej mówią dziś jednym głosem, że afera stoczniowa to żadna afera. O aferze hazardowej w ogóle wolą nie wspominać, bo tu przewinienie jest ewidentne, a odwrócenie kota ogonem niemal niemożliwe. Czepiają się więc jak rzepy afery stoczniowej, tłumacząc, że rząd tak naprawdę to nie zrobił nic niewłaściwego, a jedynie działał w interesie społecznym, szukając takiego inwestora, który kontynuowałby produkcję statków w stoczniach. Z drugiej strony szef CBA, Mariusz Kamiński podobno przez swoje doniesienia na temat działań rządu w tym względzie, zadecydował że problem stoczni właściwie się rozwiązał. Z negatywnym skutkiem.
W tym miejscu mała dygresja, a właściwie krótka historyjka z (mojego) życia wzięta. Otóż około dwa lata temu, będąc na "rynku" w Katowicach (kto widział ów rynek zrozumie użycie cudzysłowiu) zauważyłem biegnącego co sił w nogach człowieka. Po chwili spostrzegłem, iż goni go drugi biegnący co sił w nogach człowiek (niestety jego siły były wyraźnie słabsze), który dodatkowo krzyczał: "Łapać złodzieja!". Oczywiście nikt w pogoń za złodziejem nie ruszył. Coś mnie jednak tknęło, więc postanowiłem złapać uciekiniera. Dogoniłem go bez większego trudu, bo biegam bardzo szybko, tylko że jakoś nie pomyślałem co się stanie, gdy już go złapię, a on nie zechce mi po prostu oddać skradzionego przedmiotu (którym okazał się telefon komórkowy). Na szczęście jednak oddał, a więc pogoń się opłaciła.
Mogło się jednak zdarzyć inaczej. Mogłem przecież dostać "po ryju" i telefonu wcale nie odzyskać, a samemu tylko na tym stracić (na przykład ząb, czy dwa). W takiej sytuacji miałbym dobre intencje, ale ostatecznie przyniosłyby one więcej szkody niż pożytyku.
Tak właśnie widzą sprawę zwolennicy teorii, że CBA nigdy nie powinno było wyciągać na światło dzienne rzeczy dotyczących afery stoczniowej. Nawet jeśli intencje były dobre (ukazano nieprawidłowości przy przetargu i niekompetencje osób na bardzo wysokich stanowiskach w państwie) to skutki ostatecznie były z ujemną korzyścią (bo przecież teraz nie ma już dla stoczni nadziei). W takim razie, czy według Was Drodzy zwolennicy tej teorii, gdybym spróbował złapać złodziej, dostał po mordzie, a złodziej i tak uciekłby z komórką, to byłoby źle że w ogóle spróbowałem? Byłoby niedobrze, że sprzeciwiłem się złu?
Z drugiej strony, dlaczego pomimo (Waszym zdaniem) dobrych intencji rządu przy forowaniu inwestora z Kataru, ale niekorzystnych skutków (ostatecznie nikt stoczni nie kupił, a za gaz Katarczykom płacimy za dużo), nie podnosicie larum, że rząd postąpił źle?
Czy Wy w ogóle potraficie odróżnić jeszcze dobro od zła? Może jestem staromodny, ale mnie nauczono, że zło należy piętnować, a dobro pielęgnować. Ostatnie afery pokazały jedno, w rządzie są ludzie niekompetentni oraz korupcjogenni. To jest zjawisko bardzo negatywne (czyli złe) i należy to powiedzieć głośno, a nie za wszelką cenę pisać, ze może "coś było na rzeczy" (vel wpis Azraela, czy też cienia jego), ale tak naprawdę to afery wywołało CBA. A gdyby nie było CBA to co? "Coś dalej byłoby na rzeczy", a społeczeństwo w ogóle by się o tym nie dowiedziało (choć społeczeństwa świętym prawem jest dostęp do informacji i im więcej wiemy o tym kto nami rządzi, tym lepsze decyzje wyborcze podejmiemy w przyszłości).
Czy szef CBA z politycznych pobudek wybrał momenty, w których ujawnił afery? Jest to jak najbardziej możliwe i istnieją przesłanki ku takim twierdzeniom. Czy szef CBA wywołał udział osób z rządu w aferach? W żadnym razie. I jeszcze jedna rzecz - kto ma większy wpływ na los przeciętnego Polaka? Rząd, czy CBA? Jak najbardziej rząd. Dlatego w interesie każdego przeciętnego wyborcy leży taki priorytet dochodzenia i rozliczania faktów: najpierw oburzajmy się na i rozliczajmy rząd, a w drugiej kolejności zajmijmy się CBA.
Choć myślę luźno i z różnymi skutkami to tutaj akurat mam pewność, że moje myślenie jest prawidłowe.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)