Chyba nie ma sensu pisać wstępu. Czytelnicy Salonu doskonale wiedzą o czym jest ta notka.
Nawiązując do jej tytułu, tu nawet nie ma cienia wątpliwości, sprawa jest jednoznaczna. Prezydent Kaczyński ma pełne prawo jechać na szczyt Rady Europejskiej. Za próby uniemożliwienia mu tego, ktoś powinien być postawiony przed Trybunał Stanu, a już na pewno minister MON Klich, powinien zostać zdymisjonowany. Powinien, ale nie będzie. Czemu? Bo żyjemy w Polsce. Ale dość narzekania, żyjemy tam gdzie żyjemy i jeśli ktoś nie kocha emigracji, to w Polsce pozostanie.
Czy Prezydent RP, "głowa państwa" prawie 40-milionowego, najwyższy przedstawiciel Polski, nie ma prawa udać się na szczyt UE? Co z tego, że Konstytucja nie precyzuje jednoznacznie kto powinien kształtować politykę zagraniczą naszego kraju? Konstytucja jest akurat napisana w taki sposób, że można za jej pomocą udowdnić dwie przeciwstawne tezy. Ale pal już licho, bo nie ma najmniejszego znaczenia, czy dokument ów wskazuje bardziej rząd jako odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe, czy Prezydenta. Najważniejsze jest to, że Konstytucja w żadnym miejscu nie broni głowie państwa wyjazdu na wszelkiego rodzaju międzynarodowe szczyty.
Gdyby tego było mało, to dodajmy, że Kaczyński ma udać się do Brukseli na imienne zaproszenie, które otrzymał od Prezydenta Sarkozy. Rząd więc w tej sprawie jest zupełnie bez racji, a wszelkie próby usprawiedliwienia jego działań, mających na celu uniemożliwienie Prezydentowi wyjazdu na szczyt, są przejawem albo złej woli, albo braku umiejętności przyznania się do błędu. Do tego dochodzą jeszcze przeróżne absurdalne wypowiedzi polityków PO. Po prostu dzieci z piaskownicy.
Drugą kwestią którą chciałbym poruszyć jest sprawa "nieomylności" pewnego kręgu Salonowiczów, a konkretnie tzw. Czerwonych, którzy publicystyką parają się zawodowo. I tak oto pan Łukasz Warzecha napisał notkę (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/97412,index.html), w której zgodził się owszem, że i rząd w zaistniałej sytuacji nie jest bez winy, ale mimo to najwięcej odpowiedzialności ponosi oczywiście Prezydent (piszę oczywiście, gdyż każdy tekst redaktora Warzechy, z którym miałem styczność, jeśli akurat dotyczył kwestii Prezydenta RP, był pisany w tonie Kaczyńskiemu nieprzychylnym).
Otóż Warzecha pozwolił sobie na komentarz (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/97412,index.html#comment_1408278) pod własnym tekstem, w którym zaznacza, że w ramach eksperymentu, będzie ciął równo wszystkie niemerytoryczne (jego zdaniem) komentarze. Nasz boChater chce tym między innymi pokazać, iż "kibole PiSu" (jak pieszczotliwie nazywa nas pan Łukasz) nie potrafią dyskutować za pomocą faktów, a jedynie wyznają zasady, które niejako narzuca nam były premier Jarosław Kaczyński. Pan Warzecha wiedząc, że nie ma nawet szczypty racji w swojej notce, już na wstępie chce zdyskredytować ewentualnych oponentów, przylepiając im łatki oszołomów. Znana i sprawdzona metoda. Do niedawna niezwykle skuteczna. Dziś jej moc jest już nieco słabsza, ale wciąż jednak działa na większość społeczeństwa.
Znów jednak odbiegam od temu. Wracając doń chciałbym tylko wykazać Warzesze (choć on to doskonale wie), że choć żąda merytorycznej polemiki, sam takowej nie prowadzi, zręcznie omijąjąc uwagi osób, których argumentów nie jest w stanie obalić. Świetnym przykładem jest komentarz kokos26 (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/97412,index.html#comment_1408289), który niestety nie doczekał się odpowiedzi.
Niemniej zdarza się czasem Warzesze odpowiedzieć na taki celny komentarz. Robi to jednak w sposób "łukowy" odnosząc się tylko do pewnej części uwag oponenta, a ignorując tą która akurat nie pasuje mu do koncepcji, np. casus Salonowicza o nicku hokejus (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/97412,index.html#comment_1408318). A oto odpowiedź nań szanownego redaktora (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/97412,index.html#comment_1408344).
Jak długo miałem okazję zaznajamiać się z twórczością Łukasza Warzechy, tak długo nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by przyznał on swojemu oponentowi rację. Jest to dość niezwykłe. Oznaczałoby to, że uważa on siebie za nieomylnego. Podobna sytuacja jest z wieloma innymi czerwonymi, z których jednak chyba żaden nie działa mi na nerwy tak jak Krzysztof Leski, którego niegdyś jakoś tam ceniłem. On również nigdy nie przyznał racji swoim przeciwnikom, choćby bronił najbardziej durnej tezy. Zresztą dotknąłem już częściowo ten problem w swej notce pt. "ale" (http://chupacabras.salon24.pl/40481,index.html). Tekst doskonale obrazuje "przyznawanie racji" przez wyżej wymienioną dwójkę. Nawet, jeśli zdarzy się cud i faktycznie obaj panowie to uczynią (a robią to zniemiernie rzadko) to pada wtedy z ich strony sakramentalne "ale".
Zresztą teksty Leskiego stały się w ostatnim czasie tak liche (nie uważam, by moje były jakoś szczególnie wspaniałe, ale ja z zawodu nie jestem dziennikarzem), że jestem szczerze zdumiony jego ogromną popularnością na Salonie. Ilość osób komentujących jego notki jest ogromna, choć na plus można mu jedynie zaznaczyć fakt, iż spośród Czerwonych, dość często odpowiada na komentarze.
Powrót do meritum (ponieważ po raz kolejny dryfowałem w bok) zakończę więc pytaniem: Jak to jest, że ci panowie potrafią spojrzeć rano w lustro. A może... nie potrafią? Przecież "nieomylność" musi mieć swoją cenę...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)