Wokół kipiała Polska wolność, trochę już zmęczona, ale jaka słodka. Pamiętam dni strajku na uczelni, dyskusje, spotkania, filmy. Nocne zwiedzanie uczelnianych budynków – przejścia z Gmach Głównego do innych. Spanie w salach wykładowych, łapczywe czytanie bibuły. Poznawanie przyjaciół, piosenki Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego nagrane na charczącym magnetofonie z koncertu. Zachłysnąłem się tym czasem. Miałem 19 lat, a z rodzinnego domu wyniosłem, że kochać trzeba Boga, rodzinę i przyjaciół, ale niekoniecznie PZPR i Związek Radziecki.
Nagle trrrach. Zdrajca Jaruzelski powiedział :”chwacit”. Skończyły się marzenia o wolności. To nie był „zimny prysznic”, to był „koniec świata”. Pamiętam, jak na siłę wyganiano nas z akademików: „pokoje mają być opróżnione z rzeczy osobistych, zostaną oddane do dyspozycji sił porządkowych”, plotka mówiła, że miały być zakwaterowane siły ZOMO, nie wiem, czy prawdziwa. Ostatnia noc w Gdańsku z 14 na 15 XII 1981 przegadana, do rana. Co robić zostajemy czy wracamy grzecznie do domciu ? Rano poszliśmy na uczelnię: „małolaty (I i II rok ) spoza Gdańska nie będą przyjmowani na strajk, do domu.”
Potem miesiąc w małym miasteczku PRLu w stanie wojennym. Zjechaliśmy się z różnych dużych miast Studenci 81 , z Gdańska ,z Łodzi, z Poznania i topiliśmy w wódzie ten dekret Jaruzela. Pamiętam, że piłem wtedy „dla treści” i upijałem się zwierzęco na smutno. Robiliśmy wyścigi z milicjantami, po godzinie policyjnej wybijaliśmy szyby w gablotach przed Komitetem Miejskim PZPR. Niestety zawieruszył się gdzieś plakat z „Reaganem jako kowbojem strzelającym do polskich kur”, czy inny z jakimiś krzyżakami. Smaczku dodawał fakt, że tę szybę rozbijało się gołą pięścią. Jak pomyślę, jak człowiek był durny… . I na co nas wówczas było stać, gdyby nie rodziny. Zawsze, w ostatnim momencie, przed podjęciem podobnych działań miałem myśl: tego nie pochwaliła by moja Mama. Czasami to była myśl po działaniu, niestety. Na pewno ta myśl uchroniła mnie przed bardziej durnymi pomysłami .
Do Gdańska na uczelnię zostałem wezwany rozporządzeniem JM Rektora, chyba Polibuda zaczęła ok. 20 I 1982, najwcześniej z trójmiejskich uczelni. Zaczęła się orka odrabiania zajęć, horror algebry i analizy – „matematyka jest ojczystym językiem fizyka” .
W każdą sobotę odrabialiśmy zajęcia z jednego dnia roboczego tygodnia. Sesja zaczęła się chyba 20 lutego, ciężka sesja. Niedospane noce, kłopoty aprowizacyjne dnia codziennego, wrogie miasto patroli ZOMO, nie kochających studentów i kierat nauki. Nie mówiąc o atmosferze nieufności na uczelni, potencjalnie w każdym środowisku byli donosiciele, baliśmy się siebie wzajemnie. Najgorsze było faktyczne „uwięzienie” , nie było jak jechać do domu, by odetchnąć chociaż na chwilę wolnym powietrzem, bez światłocienia, bez podejrzeń i najeść się do syta. Przypominam, że Stan Wojenny ograniczał podróże, trzeba było mieć pozwolenia, czy delegacje. Pamiętam już w czasie sesji w chwili, gdy już miałem się poddać, rzucić to w diabły, jakieś kolokwium wykazało, że całka Lebesgue’a jest dla mnie nie do pojęcia miałem dość. Postanowiłem, następnego ranka miałem wrócić na tarczy do domu.
Jeszcze ciemno było za oknem, a w pokoju w akademiku krzątała się moja Mama. Robiła herbatę i rozpakowywała torby pełne smakołyków domowych. Zapach mięs pieczonych i ciast obudził mnie ostatecznie. To nie sen a jawa. Mama załatwiła delegację do Malborka, gdyż tam wówczas był ostatni zakład Olsztyńskich Zakładów Drobiarskich. Z Malborka przyjechała do Gdańska Wrzeszcza już bez przepustki, z dwiema wypchanymi torbami pełnymi słoików i konserw. Do akademika dotarła jeszcze podczas godziny milicyjnej. Niechby ktoś próbował ją zatrzymać.
Nie miałem wyjścia, te studia musiałem skończyć, choćby dla Niej. Telepatycznie wiedziała, gdzie jest mój kres. Kolejny raz wyciągnęła mnie i dała kolejną szansę.
Dziękuję , za całokształt, tu opisałem jeden mały epizodzik z historii miłości Matek.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)