Na uroczystym, rocznicowym zjeźdie Solidarności pan Premier był raczył wygłośić przemówienie, w którym niesłychanie wyidealizował tą dawną Solidarność. Oczywiście preciwstawił wobec tej dzisiejszej, tej "pisowskiej", partyjnej i politycznej. Jednym słowem zadymiarzy i warchołów.
- Czym różni się ta dzisiejsza Solidarność i ta dzisiejsza uroczystość od tego, co przeżywaliśmy? - pytał w przemówieniu Donald Tusk. - Wtedy niezależnie od tego, czy ktoś był bezpartyjny, czy w PZPR, głęboko wierzący, czy był ateistą, czy miał poglądy konserwatywne, czy był anarchistą z przekonania. Wszyscy bez wyjątku, którzy mieli w sobie to elementarne poczucie odpowiedzialności za ojczyznę i to elementarne poczucie przyzwoitości, uczestniczyli w tym wielkim święcie stając się z godziny na godzinę lepszymi.
- Bo fenomen tamtej pierwszej Solidarności polegał na tym, że wszyscy u każdego i każdy u wszystkich szukał tego, co dobre w nim, a nie tego, co złe. I dlatego wtedy w Solidarności było wtedy 10 milionów ludzi - stwierdził.
Dobre, jak to odbiega od rzeczywistości :-) Bo przecież z tych 10 milionów to aż 95% poparło związek jedynie biernie - wypełniając deklaracje. Wielu z powodów kunktatorskich - by się nie wyróżniać, bo tak wypadało, bo było już wolno i to bez konsekwencji. Zrobili tak, jak wcześniej większość owych 2,5 milionów członków PZPR.
A wracając do obrad i zjazdów Solidarnośći, także tych regionalnych czy zakładowych. Tam nie było spokoju i miłości. Dyskusje były ostre, były gwizdy i "panienki" latały w powietrzu. Były układy, stronnictwa. Były też wielkie ambicje działaczy, walka o przywództwo a nawet oskarżenia i podkładanie świń.
Czy to było złe? Nie, bo przecież na tym polega pluralizm. Tylko w ścieraniu się poglądów politycznych, różnych racji i zapatrywań można wypracować kompromis. To podczas takiej walki wyłaniają się osobowości o cechach przywódczych i hartują charaktery.
Normalna rzeczywistość. To po co idealizować? Czy warto skłócać dodatkowo ludzi dla doraźnych celów politycznych?
Inne tematy w dziale Polityka