Będę trochę piterował, ale po kolei :
Onegdaj przez kraj przeleciała lotem błyskawicy hiobowa wieść – nocną porą zapłonął samochód Pitery Julii. Złośliwi twierdzą, że ze wstydu, ale zaprzeczyli temu szaleni reporterzy z pewnej stacji telewizyjnej (tej „półprawdy ale całą dobę”). Znaleziono szmatę obok samochodu to i musiało być podpalenie . Nie, nie, z tą szmatą to nie miałem nikogo na myśli.
I w tym momencie zaczynają się zdarzenia niezwykłe.
Samochód spłonął doszczętnie, niemniej cudownym zrządzeniem losu ostał się raport dotyczący zbrodni korupcji Rydzyka (Rydzyk bierze Port) w papierowej wersji..
Równie dziwnym zdarzeniem raport ów ze spalonego samochodu dostał się w ręce dziennikarzy Gazety Wyborczej - Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego. Jak sami piszą : „W spalonym aucie Julii Pitery były dokumenty, które ukazują, jak o. Rydzyk przejmuje port na Wiśle. Papiery ocalały i trafiły w nasze ręce. Poszliśmy ich śladem.”http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4766296.html
To ja się teraz pytam :
- czy aby dziennikarze przypadkiem nie podwędzili raportu z samochodu a dla zatarcia śladów ów samochód podpalili ?
- jeśli nie, to jak ów raport dostał się w ich ręce i czy Gazeta Wyborcza jest organem prasowym ministra Pitery Julii i jednocześnie jej prywatną policją polityczną CBA ? Bo wszak to z doniesień prasowych Pitera Julia czerpie swoje rewelacje śledcze a także je jak widać inspiruje.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)