Bartosz Arłukowicz wystarczająco długo chował się w cieniu gabinetu ministerstwa zdrowia. Gromów na jego głowę posypało się ze strony mediów i opozycji tyle, że zdobył się na odwagę (może z polecenia Donalda Tuska), żeby dać odpór tej nawałnicy.
Arłukowicz udaje się na debatę o służbie zdrowia, którą organizuje PiS. Czego można oczekiwać? Minister dostanie się w żarna krytyki. Będzie miażdżony. Jeżeli ma przetrwać jako minister, musi zaprezentować swój logiczny program naprawy służby zdrowia, która jest niereformowalna w kształcie, jakie proponuje PiS: publiczna i dla wszystkich.
Niech Arłukowicz się hartuje, daje odpór, bo zdrowie jest ważniejsze, niż tromtadracja o zagrożeniach na naszych granicach (też PiS). Tym bardziej, że minister zdrowia wdraża swoje reformy, ale nie mogą się przebić przez media i niespecjalnie docierają do pacjentów ustawionych w kolejkach do specjalistów.
Arłukowicz musi sprowadzić dyskusję na tory rozmowy o konkretach, a więc kierować ją do ekspertów i zawęzić do kilku gorących tematów, a nie bełtać politycznie. Czyli: o zniesieniu limitów dla chorych na raka, szybkiej terapii onkologicznej, rozszerzeniu możliwości diagnostycznych dla lekarzy POZ i motywowaniu specjalistów do przyjmowania nowych pacjentów.
Debata jest pomyślana jako rejwach polityczny, populistyczny przekaz. Mimo zaproszenia w mediach przez Kaczyńskiego zarówno Tuska, jak i Arłukowicza, takowe imienne do premiera i ministra nie dotarły.
No, cóż - Kaczyński nie jest listonoszem, on tylko gada i gada. Arłukowicz zaś niech się hartuje, choć przewidywania co do jego uratowania się z konsylium PiS są marne. Będzie potrzebował kroplówki na wzmocnienie. Tusk stelaż z odżywkami dostawi, albo nie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)