Robert Krasowski zamieszcza w „Polityce” obszerny esej o okolicznościach katastrofy smoleńskiej, co też one mówią o państwie i społeczeństwie. Tytuł tej próby jest charakterystyczny „Państwo we mgle”.
Lech Kaczyński jest dla tego pisarza politycznego wiórem w walce drwali Donalda Tuska i Jarosława Kaczyński.
Cenię pisanie Krasowskiego, jego pozycje: „Po południu” i drugi tom „Czas Gniewu”.
Krasowskiego sympatie polityczne klasyfikują go, jak w powyższym tytule.
Państwo we mgle – jest wyrazem soft zdecydowanej metafory: „przemysł pogardy”.
Kompletnie dla mnie niezrozumiałe są takie stwierdzenia Krasowskiego: „Prezydent zachowywał się jak amator, pozwalał wygrywać na sobie każdą melodię. Liczne sytuacje, w których prezydent wydawał się stroną zaczepną, w istocie były podstępem Tuska”.
Przynajmniej dwie niezrozumiałe charakterystyki: „jak amator” i drugie „strona zaczepna”.
Jeżeli Lech Kaczyński nie był zawodowcem, to jakiemuś zawodowcowi był potrzebny, jako tarcza polityczna. I nie podejrzewam, aby był potrzebny Tuskowi.
Eseistyczny fałsz Krasowskiego, wywrotka na intelektualnym włosie. A w zasadzie bananie.
Krasowski stara się ukryć, gdzie jego ideowe serce bije, ale w tej materii kiepski z niego kardiochirurg.
Dobrze jednak, że takie eseje się ukazują. Inaczej: niedobrze, że tak mało się ich ukazuje – prób o jakiejś wartości intelektualnej, poznawczej.
Do tej pory Lech Kaczyński nie doczekał się dobrej pozycji, bo do takich nie zaliczam hagiografii i prac quasi-naukowych.
Także Tusk nie otrzymał poważnej pracy eseistycznej. Przecież to polityk, który najdłużej rządził w kraju. Literatura polityczna pozornie kwitnie w tygodnikach, ale to tylko sztuczne wartości, jak sztuczne kwiaty.
Spostrzeżenia Krasowskiego w tymże eseju też nie są oryginalne i odkrywcze: „Społeczeństwo pracuje, tworzy bogactwo, miasta kwitną, Unia dotuje. A państwo tych realiów jest najsłabszym ogniwem. Wszystko, w czym Polska goni Europę, jest obszarem społecznego wysiłku, wszystko, w czym odstaje, jest kompetencją państwa”.
Acz pisarz polityczny do takiego negatywu ma prawo. Ale to tylko negatyw, a nie fotografia państwa, społeczeństwa, władzy. Krasowski raczej więzi w zdaniach jak powyżej swoje grymasy o państwie. A grymas autora jest li tylko jego stosunkiem do oczekiwanych rozstrzygnięć politycznych. Słusznie doceniane społeczeństwo wybiera niedoceniane elity. I to jest zgrzyt Krasowskiego, który razi. A nawet rani, jak za mały but za dużą stopę. I tak Krasowski łazi w Polskę (w państwo). Nie tyle we mgle, co chwiejnie.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)