Dziennikarze zapuszczają żurawia na listy wyborcze dwóch największych partii, oprócz których byt parlamentarny pozostałych jest wielce niepewny.
Listy na razie pisane są w regionach, gdzie miejscowi liderzy układają je pod siebie. Tak jest w Platformie, która lokalnie nie wyciągnęła wniosków. Baronowie złapani na nieparlamentarnych słowach przez kelnerów (afera podsłuchowa), liczą na niepamięć i umieszczają siebie na czele menu partyjnych delicji. Ale elektorat tego nie połknie.
Podsłuchani umieścili się na jedynkach list PO: Andrzej Biernat, Stanisław Gawłowski (Koszalin), b. wiceminister gospodarki Tomasz Tomczykiewicz (Katowice), b. minister zdrowia Bartosz Arłukowicz (Szczecin).
W przypadku tych osób nie są to listy wyborcze, to listy destrukcji. Wojciech Szacki z Polityka.pl porównał to nader dosadnie: „Antoni Macierewicz do spółki z o. Rydzykiem nie ułożyliby Platformie list tak koszmarnych, jakie zgotowali sobie w swej mądrości sami platformersi”.
Listy destrukcji spływają do centrali. Wicepremier Tomasz Siemoniak zapowiada, że Ewa Kopacz ucieknie się do radykalizmu. Gastronomicznych gadułów wykreśli.
Właśnie – wykreśli, czy przesunie na mniej godne miejsca? Czy premier Kopacz ma taką siłę, aby czyścić partyjne szeregi i skompromitowanych odesłać na zieloną trawę?
Bo może się okazać, że zaokrętowani politycy na listach PO są li tylko pasażerami „Titanica”.
Jest jeszcze czas, aby nabrać właściwego kursu. Wówczas o wiele ciekawsze byłoby zderzenie w debacie premier Kopacz z Jarosławem Kaczyńskim, „jedynką” PiS w Warszawie.
Do jakich retorycznych wykrętów ucieknie prezes PiS? W dialektyce powrozu Kaczyński jest mistrzem.
Prezes nie ma takich kłopotów jak partia rządząca. Listy PiS spływają na Nowogrodzką ułożone alfabetycznie. Zysk z nich mogą mieć bukmacherzy, którzy mogą zgadywać i proponować zakłady w kwestii „jedynek”.
I taka jest różnica między PO i PiS. Platforma jest partią ze wszelkimi wadami demokratycznymi, a PiS rodem z kasyna.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)